Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00268 007637 15914670 na godz. na dobę w sumie
Zaklęty dwór - ebook/pdf
Zaklęty dwór - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 254
Wydawca: Literatura Net Pl Język publikacji: polski
ISBN: Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> literatura piękna >> komiks i humor
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).
Mikołaj Żwirski po rzekomej śmierci za granicą przeobrażony w ofiarnego emisariusza powstania. Polska powieść sensacyjno-detektywistyczna z 1864 roku, dziś już nieco zapomniana opowiada losy starościca Żwirskiego, który w przebraniu wędrownego handlarza mazią zawiązuje spisek mający doprowadzić do antyaustriackiego powstania w Galicji. Głównym miejscem akcji jest tytułowy „zaklęty dwór” nawiedzany przez zjawę nieżyjącego dziedzica. Pewnej nocy dochodzi tam do spotkania braci Żwirskich i akcja powieści osiąga swój punkt kulminacyjny...
Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Aby rozpocz(cid:261)ć lektur(cid:266), kliknij na taki przycisk , który da ci pełny dost(cid:266)p do spisu tre(cid:286)ci ksi(cid:261)(cid:298)ki. Je(cid:286)li chcesz poł(cid:261)czyć si(cid:266) z Portem Wydawniczym LITERATURA.NET.PL kliknij na logo poni(cid:298)ej. WALERY ŁOZI(cid:275)SKI ZAKL(cid:265)TY DWÓR 2 Tower Press 2000 Copyright by Tower Press, żda(cid:276)sk 2000 3 CZ(cid:265)(cid:285)Ć PIERWSZA J a n o w i Z a c h a r i a s i e w i c z o w i c z o w i 1 w upominek przyja(cid:296)ni i szacunku powie(cid:286)ć t(cid:266) po(cid:286)wi(cid:266)ca AUTOR 1 J a n Z a c h a r i a s i e w i c z (1825–1906) – dziennikarz i pisarz lwowski, autor powie(cid:286)ci z (cid:298)ycia współ- czesnej żalicji, pomagał Łozi(cid:276)skiemu w zwalczaniu przeszkód stawianych przez cenzur(cid:266) austriack(cid:261). 4 I ORGANI(cid:285)CINA Najwi(cid:266)kszy człowiek naszego wieku utyskiwał w pewnych chwilach, (cid:298)e nie jest swym własnym wnukiem 2, nas, biednych powie(cid:286)ciopisarzy, wcale przeciwne trapi zachcenie, my znowu nie mo(cid:298)em si(cid:266) pocieszyć, (cid:298)e nie jeste(cid:286)my swymi własnymi dziadkami, (cid:298)e przynajm- niej o jedno stulecie wcze(cid:286)niej nie przyszli(cid:286)my na (cid:286)wiat. Za trudne jest dzisiaj nasze stanowi- sko, za ci(cid:266)(cid:298)kie zadanie! – Powie(cid:286)ć dzisiejsza – pisze jeden z nowoczesnych estetyków niemieckich – choćby prócz zabawy (cid:298)adnych innych nie miała celów, musi opływać w wszelkie cudowne barwy i blaski fantazji, jak bajka z Tysi(cid:261)c i jednej nocy, a tchn(cid:261)ć przy tym prawd(cid:261) i naturalno(cid:286)ci(cid:261), jak sama najpowszechniejsza rzeczywisto(cid:286)ćś musi nam co chwila odsłaniać nowe, nie znane dotych- czas strony duszy i serca ludzkiego i co chwila do nowych jakich(cid:286) nieprzewidzianych prowa- dzić rezultatówś ale w tym wszystkim powinna opierać si(cid:266) na jak najwi(cid:266)kszej prostocie uczu- cia, na jak najogólniejszych prawdach psychologicznych, zrozumiałych dla ka(cid:298)dego, a wol- nych od wszelkich rysów wyj(cid:261)tkowych. W takim tylko razie zdoła mniej wi(cid:266)cej odpowie- dzieć swemu zadaniu. Ale(cid:298) nie na tym jeszcze koniec trudno(cid:286)ci. Pół biedy, by jeszcze przewalczyć te i tym po- dobne wymagania, byle tylko przy dzisiejszym rozbujaniu powie(cid:286)ci nie tak trudno przycho- dziło zachować od szwanku reputacj(cid:266) własnej twórczo(cid:286)ci. Powie(cid:286)ć nasza, acz tak ogromnie rozmogła si(cid:266) ostatnimi czasy, w tak ciasnych przecie tkwi jeszcze ramach, (cid:298)e biednemu powie(cid:286)ciopisarzowi trudno krok zrobić, aby zaraz nos w nos nie zetkn(cid:261)ć si(cid:266) z dziesi(cid:266)ci(cid:261) poprzednikami lub mimo ch(cid:266)ci, wiedzy i woli nie potr(cid:261)cić łokciem którego(cid:286) z spółczesnych kolegów. I ani si(cid:266) nieraz spostrze(cid:298)e, (cid:298)e układaj(cid:261)c i kombinuj(cid:261)c zupełnie nowe i oryginalne w wła- snym przekonaniu charaktery, rysy, sytuacje, kolizje i perypecje społecze(cid:276)skie, powtarza tyl- ko za kim(cid:286) innym jak za pani(cid:261) matk(cid:261) pacierz, czyli raczej, (cid:298)e tworz(cid:261)c najoryginalniej w wła- snym prze(cid:286)wiadczeniu, od(cid:298)ywa tylko najniezr(cid:266)czniej w rzeczywisto(cid:286)ci. Ani wie te(cid:298) cz(cid:266)sto, (cid:298)e zamiast nowe napisać dzieło, zło(cid:298)ył tylko nowy obraz z starych kalejdoskopicznych fatałasz- ków, uklecił now(cid:261) cało(cid:286)ć z dawnych, stokroć zu(cid:298)ytych cz(cid:261)stek składowych, jak gdyby pomi- mowolnym obszernym komentarzem chciał dokumentnie stwierdzić słowa żoethegoŚ Wer könntę was Kluges 3, wer was Źummes denken, Was nicht ein Andrer schon vor ihm gedacht? 2 N a j w i (cid:266) k s z y c z ł o w i e k n a s z e g o w i e k u (...) itd. – Powiedzenie dramatopisarza Racine’a (1639–1699), powtórzone przez Napoleona, którego autor ma tu na my(cid:286)li. 3 W e r k ö n n tę w a s K l u g e s (...) – przybli(cid:298)ony cytat z II aktu, 2 sceny Żausta żoethego. Brzmienie wła(cid:286)ciweŚ Wer kann was Źummes, wer was Kluges denken – Źas nicht die Vorwelt schon gedacht? – Co kto głupio czy m(cid:261)drze pomy(cid:286)lał, to ju(cid:298) od dawna przed nim pomy(cid:286)lano. 5 – Ale(cid:298) do czegó(cid:298) to wszystko mierzy? – zapytasz mo(cid:298)e, czytelniku. – Ma(cid:298) to być reklama dla własnej powie(cid:286)ci czy pokorne przyznanie si(cid:266) do własnego braku oryginalno(cid:286)ci? O, b(cid:261)d(cid:296) spokojnym, ani jedno, ani drugie! Je(cid:286)li ju(cid:298) mamy mówić z sob(cid:261) po otwartej szcze- ro(cid:286)ci, a raczej otwarto(cid:286)ci, to wierzaj mi, (cid:298)e do wszystkich tych stosownych czy niestosow- nych uwag i ekspektoracji 4 naprowadził mi(cid:266) tylko zły humor, i(cid:298) chc(cid:261)c nie chc(cid:261)c musz(cid:266) ni- niejsz(cid:261) powie(cid:286)ć moj(cid:261) zaczynać w karczmie, tym najpowszechniejszym miejscu powie(cid:286)cio- wych schadzek i wszelkich w ogóle spotka(cid:276) umy(cid:286)lnych i przypadkowych. Lecz, niestety, Bóg (cid:286)wiadkiem, (cid:298)e nie mogłem post(cid:261)pić inaczej. A to przynajmniej zostaje mi pocieszenie, (cid:298)e karczma moja, jak pospolite miejsce zaj(cid:261)ć musi w powie(cid:286)ci, tak wcale niepospolit(cid:261) rol(cid:266) odgrywała w rzeczywisto(cid:286)ci. Poło(cid:298)ona przy bitym go(cid:286)ci(cid:276)cu, o ćwierć mili za mał(cid:261) wiosk(cid:261) Ryczychow(cid:261) 5, cała murowa- na i pobita gontem, jakby umy(cid:286)lnie dlatego tylko wysun(cid:266)ła si(cid:266) tu(cid:298) na samo rozdro(cid:298)e, mi(cid:266)dzy obwód samborski i przemyski, aby zarówno po obudwu rozsławić si(cid:266) stronach. I w samej rzeczy, w całym Samborskiem i Przemyskiem niewiele szczególnych naliczy- łby(cid:286) zak(cid:261)tków, gdzie by bogdaj z imienia nie znali ryczychowskiej karczmy, bogdaj ze słychu nie umieli co(cid:286) powiedzieć o jej czcigodnym arendarzu. Karczma i arendarz tworzyli tu zresz- t(cid:261), jak nigdzie, jedn(cid:261) nierozdzieln(cid:261) cało(cid:286)ć, (cid:298)e niepodobna by sobie ani pomy(cid:286)leć jedno bez drugiegoŚ ktokolwiek zapami(cid:266)tał karczm(cid:266), musiał zaraz przypomnieć sobie i garbatego Chaima, zwanego „Organist(cid:261)”ś bo nim jeszcze budynek stan(cid:261)ł pod gontem, on ju(cid:298) rozparł w nim swój szynkwas, roztasował swe garnce, flaszki, kwarty i kwatyrki i przechrzciwszy przy- szł(cid:261) siedzib(cid:266) od siebie „Organi(cid:286)cin(cid:261)”, szynkował w niej po dzie(cid:276) dzisiejszy, a szynkował z bezprzykładnym w okolicy powodzeniem. Mogłe(cid:286) przeje(cid:298)d(cid:298)ać tamt(cid:266)dy we dnie czy w nocy, w powszedni(cid:261) czy (cid:286)wi(cid:261)teczn(cid:261), jar- marczn(cid:261) czy odpustow(cid:261) dob(cid:266), zastałe(cid:286) zawsze tłumno i pełno w sieniach i przed zajazdem, ludno i gwarno w szynkowni i w alkierzu. żarbaty Organista, jak Bóg wie sk(cid:261)d swój niewła(cid:286)ciwy wzi(cid:261)ł przydomek, tak Bóg wie jak(cid:261) szczególn(cid:261) sił(cid:261) tajemnicz(cid:261) umiał przywabiać sobie go(cid:286)ci, jednać przyjaciół i łaskawców i osobliwsz(cid:261) na wszystkich wywierać pon(cid:266)t(cid:266). (cid:297)aden brykarz, solarz, maziarz 6, (cid:298)aden w ogóle wóz z okolicy nie przejechał pewno popod okna ryczychowskiej karczmy, nie zatrzymawszy si(cid:266) bogdaj na chwil(cid:266) u jej wrót, nie pomó- wiwszy bogdaj kilka słów z arendarzem. żarbaty Organista, wylany na wszystkich usługi, nigdy na godzin(cid:266) nie opu(cid:286)cił domu, zaw- sze w ka(cid:298)dej dobie i porze mo(cid:298)na było go zastać gotowym i ochoczym do rozmowy, a co główna, zawsze w najweselszym pod sło(cid:276)cem usposobieniu. A ktokolwiek w dłu(cid:298)sz(cid:261) zapu(cid:286)cił si(cid:266) z nim rozmow(cid:266), mógł domy(cid:286)leć si(cid:266) po trosz(cid:266), dlacze- go ryczychowska karczma, nie maj(cid:261)c ani miar lepszych, ani trunków ta(cid:276)szych i doskonal- szych jak inne karczmy, tak rozgło(cid:286)nej wzdłu(cid:298) i wszerz u(cid:298)ywała reputacji i tak (cid:286)wietnym cie- szyła si(cid:266) powodzeniem. żarbaty Organista obok wódki, piwa, miodu i dalszych tym podobnych artykułów han- dlował jeszcze innym, wy(cid:298)szego rz(cid:266)du spirytusem 7, który mu podobno najwi(cid:266)ksze ze wszystkich przynosił zyskiś posiadał (cid:298)ywy i bystry dowcip i co główna, umiał zawsze w jak najlepszy u(cid:298)yć go sposób. Nale(cid:298)y to do najzwyklejszych nieszcz(cid:266)(cid:286)ć wszystkich ludzi dowcipnych, (cid:298)e jak łatwo jed- naj(cid:261) sobie przyjaciół i wielbicieli, tak nierównie łatwiej jeszcze (cid:286)ci(cid:261)gaj(cid:261) sobie na kark wro- gów i przeciwników. 4 e k s p e k t o r a c j a (łac.) – wynurzenie 5 R y c z y c h ó w – wie(cid:286) koło miasteczka Komarna. 6 b r y k a r z, s o l a r z, m a z i a r z – kołodziejś sprzedawca soliś sprzedawca mazi smołowej do wozów 7 h a n d l o w a ł (...) s p i r y t u s e m – gra słówŚ spiritus po łacinie znaczy duch, talent 6 Nasz Organista był najzupełniejszym z tej reguły wyj(cid:261)tkiem. Źowcip jego mno(cid:298)ył mu co- dziennie przyjaciół, a nigdzie i nigdy nie wzniecił nienawi(cid:286)ci. Bo te(cid:298) nikt inny nie umiał zr(cid:266)czniej od niego zastosować si(cid:266) w jednym mgnieniu oka do natury i usposobienia tego, z kim mówił. żarbaty Organista był inaczej dowcipny z chłopem, inaczej z przechodz(cid:261)cym małomiesz- czaninem lub szlachcicem chodaczkowym, inaczej z prywatnymi oficjalistami, a spiesz(cid:261)cymi na wesela i odpusty popadiankami 8. Wszystkich razem i ka(cid:298)dego z osobna potrafił zabawić na umór, a choć z cz(cid:266)sta g(cid:266)sta i jakie(cid:286) uszczypliwe wymkn(cid:266)ło mu si(cid:266) słówko, to padało ono zawsze na karb kogo(cid:286) nieobecnego. Przebiegły (cid:297)yd jak ognia unikał w oczy wszystkich uszczypliwo(cid:286)ci, a jakby instynktem odgadywał zawsze, co i kiedy nale(cid:298)y pomin(cid:261)ć. Kiedy, bywało, rozsiadł si(cid:266) mi(cid:266)dzy chłopami, prawił im cuda o tym sławnym z ba(cid:286)ni gminnych Iwa- nie 9, co niewyczerpany w swej przebiegło(cid:286)ci, tyle uciesznych psot napłatał (cid:297)ydom, tak zr(cid:266)cznie zawsze wywin(cid:261)ł si(cid:266) z kłopotu, a w zastawiane sobie sidła tak chytrze chwytał swych własnych prze(cid:286)ladowców. Z spiesz(cid:261)cym na termin s(cid:261)dowy szlachcicem chodaczkowym Organista z innej czerpał beczki. Przytaczał rozliczne ucieszne dykteryjki z ostatnich praktyk sejmikowych, opowiadał o niedawnych zawołanych w okolicy r(cid:266)bajłach i bibułach 10, a na zako(cid:276)czenie dodawał zaw- sze jak(cid:261)(cid:286) ciekaw(cid:261) anegdotk(cid:266) prawnicz(cid:261), jaki(cid:286) zabawny fortel pieniacki. Kiedy (cid:286)ród drogi na który(cid:286) z s(cid:261)siednich jarmarków zago(cid:286)cili do „Organi(cid:286)ciny” małomiesz- czanie z pobliskich miasteczek 11, Organista inny znowu tok nadawał gaw(cid:266)dce. Przed staro- miejskimi baraniarzami drwił z szewców staropolskich, przed radymie(cid:276)skimi powro(cid:296)nikami wyszydzał dowcipnie krukienickich ku(cid:286)nierzy, przed drohobyckimi cebularzami opowiadał niestworzone rzeczy o komarza(cid:276)skich sadownikach i tak na odwrót, zawsze jednak jedni i drudzy ubawili si(cid:266) jak najlepiej, a wracaj(cid:261)c nie pomin(cid:266)liby za nic w (cid:286)wiecie „Organi(cid:286)ciny”. Źla przeje(cid:298)d(cid:298)aj(cid:261)cych oficjalistów prywatnych miał Organista zapas anegdotek o dziwac- twach okolicznych panów, za(cid:286) panów roz(cid:286)mieszał dowcipnymi kradzie(cid:298)ami i oszustwami oficjalistów, jednym słowem, wszystkich bawił wybornie, a wszystkich w inny sposób. Poznawszy z tej strony garbatego Organist(cid:266), łatwiej ju(cid:298) domy(cid:286)lać si(cid:266), czemu to karczma jego tak (cid:286)wietne zawdzi(cid:266)czała powodzenie. Ale czas by wreszcie zajrzeć do niej do (cid:286)rodka. W izbie szynkownej panuje niesłychany hałas i wrzawa. Na popołudniow(cid:261) pogadank(cid:266) (cid:286)wi(cid:261)teczn(cid:261) zeszła si(cid:266) cała gromada ryczychow- ska do ,,Organi(cid:286)ciny” i zaj(cid:266)ła od ko(cid:276)ca do ko(cid:276)ca główny stół, co od przytulonego pod drzwiami szynkwasu ci(cid:261)gn(cid:261)ł si(cid:266) a(cid:298) po przeciwległ(cid:261) (cid:286)cian(cid:266). Na głównym miejscu oczywi(cid:286)cie rozparł si(cid:266) wójt z nale(cid:298)yt(cid:261) powag(cid:261), za nim rz(cid:266)dem po- dług wieku i mienia celniejsi zasiedli gospodarze. żarbaty Organista z zwichni(cid:266)t(cid:261) na bakier jarmułk(cid:261), z swym jednostajnym zawsze, na poły dobrodusznym, na poły szyderczym u(cid:286)mie- chem na ustach, snuje si(cid:266) z miejsca na miejsce i wnet temu, wnet owemu z sporej blaszanej przylewa manierki. Ju(cid:298) to po swoim zwyczaju dla wszystkich jest niezmiernie uprzejmy, ale szczególniejsz(cid:261) jak(cid:261)(cid:286) cze(cid:286)ć i uwag(cid:266) po(cid:286)wi(cid:266)ca człowiekowi, co tu(cid:298) przy boku wójta siedzi za stołem, a wła(cid:286)ciwie zdaje si(cid:266) rej wodzić w zgromadzeniu. Wszyscy słuchaj(cid:261) bacznie na jego słowa i jak si(cid:266) zdaje, racz(cid:261) si(cid:266) jego traktamentem. 12 8 p o p a d i a n k a – córka popa, ksi(cid:266)dza unickiego 9 o t y m s ł a w n y m (...) I w a n i e – raczej o psotnym parobku z ludowych anegdot, u nas znanym ja- ko „(cid:297)ydowski Wojtek” 10 r (cid:266) b a j ł o, b i b u ł a – awanturnicy skłonni do szabli i butelki 11 z p o b l i s k i c h m i a s t e c z e k – z miejscowo(cid:286)ci autentycznych w okolicach Sambora (Stare Mia- sto, Stara Sól, Radymno, Krukienice, Źrohobycz, Komarno). Z innych, pó(cid:296)niej wspomnianych, istniały rzeczy- wi(cid:286)cie tylkoŚ Buczały, Ryczychów (nie Ryczychowa), Opary (nie Oparki), Horbacze, Źobromil, Szwydka, Hru- szów (nie Hruszówka).. 12 t r a k t a m e n t (łac.) – pocz(cid:266)stunek 7 Z tym wszystkim widać z jego stroju i powierzchowno(cid:286)ci, (cid:298)e nie nale(cid:298)y wcale do groma- dy. Jest to niemłody ju(cid:298), silnej i kr(cid:266)pej budowy człowiek, w czarnym okr(cid:261)głym kapeluszu na głowie i krótkiej, szerokim rzemieniem przepasanej siermi(cid:266)dze zwyczajnego szarego koloru. Małe, czarne plamy mazi rozsiane hojnie po twarzy, r(cid:266)kach i całej odzie(cid:298)y ka(cid:298)(cid:261) si(cid:266) domnie- mywać w nim jednego z owych wiejskich przemysłowców, co jednokonnym wózkiem z nie- wielkim zapasem swego towaru przeci(cid:261)gaj(cid:261) [przez] odleglejsze od miasteczek ulice. Rzeczywi(cid:286)cie, „kum Źmytro”, tak go wszyscy nazywaj(cid:261), był przeje(cid:298)d(cid:298)aj(cid:261)cym maziarzem, ale bardzo dobrze znanym i nader cz(cid:266)sto widywanym w tych stronach. Znać tu ju(cid:298) po samej poufało(cid:286)ci, z jak(cid:261) niemal z wszystkimi bez wyj(cid:261)tku tyka sobie gospodarzami, (cid:298)e nie pierwszy raz ma zaszczyt raczyć swym kosztem ryczychowsk(cid:261) gromad(cid:266). W tej chwili co(cid:286) wielce wa(cid:298)nego prawi zgromadzonym gospodarzom, bo wszyscy tak pil- nie i uwa(cid:298)nie wlepili we(cid:276) oczy, jak gdyby pragn(cid:266)li pochwycić i zrozumieć ka(cid:298)de słowo, za- nim mu jeszcze z ust wypadnie. Kum Źmytro z jakim(cid:286) osobliwym rozprawia ferworem i naciskiemŚ – Nic darmo nie ma na (cid:286)wiecie! Bóg, coć przecie hojno(cid:286)ć najwy(cid:298)sza, nie przyrzekł nam darmo szcz(cid:266)(cid:286)cia ani za (cid:298)ycia, ani po (cid:286)mierci. Ziemia nie (cid:298)ywi nas darmo, wszystko musimy okupywać taniej lub dro(cid:298)ej, łatwiej lub trudniej… Wy by(cid:286)cie jednak wszystko chcieli darmo dorzucił po chwili i pi(cid:266)(cid:286)ci(cid:261) w stół uderzył, a potem z niech(cid:266)ci(cid:261) kapelusz zrzucił z głowy. Teraz dopiero mo(cid:298)na lepiej przypatrzyć si(cid:266) jego twarzy, a twarz ta osobliwszy jaki(cid:286) przed- stawia wyraz. Źo(cid:286)ć raz na ni(cid:261) rzucić okiem, a nie tak łatwo wypadnie z pami(cid:266)ci. ż(cid:266)sty, krót- ko ostrzy(cid:298)ony, czarnymi plamami mazi okryty zarost brody pozostawia tylko mał(cid:261) woln(cid:261) przestrze(cid:276) około nosa i oczu, które pod niskim, wypukłym czołem biegaj(cid:261), ruchliwe i niespo- kojne, (cid:298)e niepodobna (cid:298)adn(cid:261) miar(cid:261) odgadn(cid:261)ć ich barwy. Nos zadarty w gór(cid:266) z szeroko roz- wartymi nozdrzami nadaje całej fizjonomii pewien wyraz dzikiej nami(cid:266)tno(cid:286)ci, podczas kiedy szczególnie uformowana czaszka i silnie zaci(cid:286)ni(cid:266)te usta zdaj(cid:261) si(cid:266) (cid:286)wiadczyć o niepospolitej energii i sile ducha. Ostatnie słowa jego sprawiły wielkie wra(cid:298)enie na całym zgromadzeniu. Sam wójt, Iwan Chudoba, posun(cid:261)ł zamaszyst(cid:261) czapk(cid:266) barani(cid:261) z lewego ucha na prawe i odezwał si(cid:266) z nieja- kim wahaniemŚ – Tać nie ma co mówić, kumie Źmytrze, macie słuszno(cid:286)ć. Ale my nie chcemy bynajmniej darmo, nie wiemy tylko, co robić. – Kto nie wie, powinien si(cid:266) dowiedzieć – odparł maziarz krótko. – A u kogo? – zapytał wójt dalej. Maziarz potarł r(cid:266)k(cid:261) po czole. – U kogo? – powtórzył po chwili. – U siebie samego, u własnego sumienia i rozumu. – Hm – wycedził wójt, nie ze wszystkim zadowolony. – Mówicie, kumie, jakby(cid:286)cie zadawali zagadki – ozwał si(cid:266) z boku dziesi(cid:266)tnik 13, Mykita Tandara, najpierwszy mudrahel 14 w gromadzie. Maziarz zamy(cid:286)lił si(cid:266) czego(cid:286). – Nie czas jeszcze – szepn(cid:261)ł po chwili jakby sam do siebie. – Jak to nie czas jeszcze? – zapytał wójt. – Nie czas jeszcze, abym ja wam rozwi(cid:261)zywał zagadki, kiedy sami nie umiecie. – Hm – wyb(cid:261)kn(cid:261)ł wójt na nowo. Maziarz spojrzał nagle do okna, jakby kogo(cid:286) niecierpliwie wygl(cid:261)daj(cid:261)c, potem pochylił głow(cid:266) na piersi i b(cid:266)bni(cid:261)c palcami po stole, odezwał si(cid:266) po krótkim namy(cid:286)le jakby od niechce- niaŚ 13 d z i e s i (cid:266) t n i k – dozorca sprawuj(cid:261)cy władz(cid:266) nad dziesi(cid:266)ciu „domami”, tj. wło(cid:286)cianami lub oficjalistami dworskimi (karbowymi, polowymi) 14 m u d r a h e l (ukr.) – m(cid:266)drek 8 – Źomagacie si(cid:266) wielkiej ulgi, wielkiej łaski, wielkiego podarunku od ludzi, których nie- – Ba, albo(cid:298) mo(cid:298)emy inaczej? – poderwał od szarego ko(cid:276)ca dawny polowy dworski, Hryć nawidzicie, którym złorzeczycie. Wenczur. Maziarz niecierpliwie zab(cid:266)bnił po stole. – Ot, ciemno wam w głowie i kwita. Nie s(cid:261)dzicie nic z rozumu, na wszystko patrzycie we- dług pozoru. Pokrzywdzi was łotr mandatariusz 15, dziedzic winien, uci(cid:286)nie niecnota ekonom, dziedzic winien. – Ho, ho! – przerwał jaki(cid:286) ponurego oblicza, niemłody ju(cid:298) chłop, od szarego ko(cid:276)ca. – Mu- sicie niemało za ma(cid:296) targować od panów, kiedy tak zawsze stajecie po ich stronie. Maziarz zmarszczył czoło, chciał co(cid:286) pr(cid:266)dko odpowiedzieć, ale powstrzymał si(cid:266) nagle. Machn(cid:261)ł tylko r(cid:266)k(cid:261) i obracaj(cid:261)c si(cid:266) ku szynkwasowi zawołał (cid:298)ywo i wesołoŚ – Jeszcze garniec wódki, panie Organisto! – Ho, ho, co robicie, kumie Źmytrze – upominał ten i ów u stołu, lubo wszyscy z zadowo- leniem poruszyli si(cid:266) na swych ławach. – At, (cid:298)eby nie znać licha! Jeszcze po kieliszeczku, panowie gromada! – Ta! – przyzwalał wójt z powa(cid:298)nym u(cid:286)miechem za siebie i cał(cid:261) gromad(cid:266). Nowy kielich szybko wokoło stołu obiegł kolej. – Wasze zdrowie, kumie Źmytrze – powtarzał jeden gospodarz po drugim, wychylaj(cid:261)c duszkiem blaszan(cid:261) miark(cid:266). Kum Źmytro znowu zamy(cid:286)lił si(cid:266) gł(cid:266)boko, a czasami ukradkiem wyzierał przez okno. – Czy oczekujecie kogo, kumie? – zapytał Mykita Tandara. – Nie, patrz(cid:266) tylko, czy wysoko sło(cid:276)ce na niebie, dzi(cid:286) jeszcze musz(cid:266) jechać dalej – odparł oboj(cid:266)tnie. – Jedziecie i nic nam ju(cid:298) nie powiecie? – ozwał si(cid:266) wójt z niejakim ubolewaniem. – A có(cid:298) wam mam mówić, kiedy mi wierzyć nie chcecie? – Ach! – tłumaczył si(cid:266) urz(cid:266)dnik gromadzki, jakby na pół obra(cid:298)ony tym wyrzutem. Maziarz potarł r(cid:266)k(cid:261) po czole, a oko dziwnym jakim(cid:286) zal(cid:286)niło mu blaskiem. – Có(cid:298) chcecie? – rzekł po chwili z przekonywaj(cid:261)cym naciskiem – wierzcie albo nie wierz- cie, ale powiadam wam na sumienie, (cid:298)e od was tylko zale(cid:298)y, aby od dzi(cid:286) za rok nikt w całym kraju nie znał pa(cid:276)szczyzny. Cała gromada wydała jeden tylko wykrzyk radosnego zdziwienia, pomieszanego z pew- nym niedowierzaniem. – Ba, ba! – zawołał wójt i w znak rado(cid:286)ci czapk(cid:266) zasun(cid:261)ł na sam tył wygolonej głowy. – Pan Bóg by z was mówił – ozwał si(cid:266) liczny chór. Maziarz, jakby si(cid:266) nagle czego(cid:286) zawahał, sparł głow(cid:266) na ramieniu, przymru(cid:298)ył na pół oczy i zakołysał si(cid:266) cały, jakby go trunek rozbierał. – Ale – poderwał nagle cokolwiek zmienionym głosem – pieczone goł(cid:261)bki nie lec(cid:261) same do g(cid:261)bki! Jak si(cid:266) i wy do tego z swej własnej nie przyło(cid:298)ycie strony, to furda z wszystkiego! – A jak(cid:298)e to rozumiecie, kumie? – zapytał wójt wracaj(cid:261)c do dawnej urz(cid:266)dowej powagi, od której nigdy nie lubił odst(cid:266)pować. Kum Źmytro zakołysał si(cid:266) znowu. – Kiedy mi si(cid:266) jako(cid:286) w głowie kr(cid:266)ci – zabełkotał naraz. – Tak pr(cid:266)dko! – przej(cid:261)ł z ubolewaniem przysi(cid:266)(cid:298)ny 16, Jan Makar, najsilniejsza głowa w – Poczekajcie! – zawołał – opowiem wam bajk(cid:266). Słuchajcie tylko dobrze. 15 m a n d a t a r i u s z (łac.) – urz(cid:266)dnik dawnej administracji galicyjskiej, wynagradzany przez dziedzica, zale(cid:298)ny od rz(cid:261)du (cyrkułu, tj. starostwa). Wykonywał czynno(cid:286)ci s(cid:261)dowo-policyjne, głównie w sprawach wyni- kaj(cid:261)cych z ci(cid:266)(cid:298)arów pa(cid:276)szczy(cid:296)nianych. 16 p r z y s i (cid:266) (cid:298) n y – pomocnik wójta w sprawach s(cid:261)dowych gromadzie. 9 W tym momencie drzwi z łoskotem rozwarły si(cid:266) na (cid:286)ci(cid:266)(cid:298)aj, a do izby szynkownej wszedł go(cid:286)ć nowy. Maziarz utkn(cid:261)ł w mowie i uwa(cid:298)nie wpatrywał si(cid:266) w nowo przybyłego. Za jego przykła- dem poszli i wszyscy inni i nagle cicho zrobiło si(cid:266) w szynkowni. Bo te(cid:298) nowo przybyły nie miał nic wspólnego z reszt(cid:261) obecnych go(cid:286)ci, a miał na sobie strój, który w czasach pa(cid:276)szczy(cid:296)nianych do pomimowolnego chłopa zmuszał szacunku. Był to wcale młody jeszcze m(cid:266)(cid:298)czyzna, ubrany z waszecia, z grub(cid:261) lask(cid:261) s(cid:266)kat(cid:261) w r(cid:266)ku i niewiel- kim zawini(cid:261)tkiem na plecach. Mo(cid:298)na by my(cid:286)leć, (cid:298)e jaki(cid:286) szukaj(cid:261)cy słu(cid:298)by ekonom lub le(cid:286)ni- czy. Sam widok takiego człowieka napawał chłopa w owych czasach pewnym rodzajem nieuf- no(cid:286)ci i odrazy. Tote(cid:298) wcale naturalna cisza nastała nagle w szynkowni i sam maziarz zamilkł (cid:286)ród mowy, zwłaszcza (cid:298)e tym razem tak fizjonomia, jak cała powierzchowno(cid:286)ć nowo przy- byłego, niewielkim w ogóle mogła przejmować zaufaniem. Niezwyczajnie silnej i kr(cid:266)pej budowy, nieznajomy miał na sobie strój bardzo lichy i wy- szarzały, a ka(cid:298)da osobna cz(cid:266)(cid:286)ć ubrania wydawała si(cid:266) jakby zdarta z kogo innego. Zielona, wypłowiała, po szyj(cid:266) zapi(cid:266)ta kurtka za krótko si(cid:266)gała mu w r(cid:266)kawach, a za to znowu grube sukniane pantalony a(cid:298) kilkoma naraz fałdami zwisły po niezgrabnych, rudawych butach, z których jeden zapi(cid:266)tkiem wybiegł na lewo, a drugi przyszw(cid:261) daleko wychylił si(cid:266) na prawo. Czarna sukienna czapka z oddartym na pół daszkiem spadała mu a(cid:298) gdzie(cid:286) na kark i z natury zuchwałej ju(cid:298) fizjonomii nadawała wyraz wi(cid:266)cej jeszcze awanturniczy i wyzywaj(cid:261)cy. Zdawało si(cid:266), (cid:298)e nieznajomy ka(cid:298)dym swoim spojrzeniem, ka(cid:298)dym krokiem i ruchem szuka tylko kogo(cid:286), z kim by si(cid:266) dało wszcz(cid:261)ć burd(cid:266) i komu by pot(cid:266)(cid:298)nego guza mo(cid:298)na nabić przy lada okazji. Kiedy wszedł do szynkowni, powiódł dokoła wzgardliwym i u(cid:286)miechni(cid:266)tym wzrokiem, czapk(cid:266) jeszcze zasun(cid:261)ł w tył i przyst(cid:266)puj(cid:261)c z wolna do szynkwasu zrobił zrozumiały znak (cid:297)ydowi. Organista skin(cid:261)ł głow(cid:261) z u(cid:286)miechem i tu(cid:298) zaraz pełny kieliszek wysun(cid:261)ł zza kratek. Nie- znajomy si(cid:266)gn(cid:261)ł r(cid:266)k(cid:261) niedbale, wypró(cid:298)nił do dna spor(cid:261) miark(cid:266) i krz(cid:261)kn(cid:261)ł z tak(cid:261) sił(cid:261), (cid:298)e a(cid:298) kieliszki zadr(cid:298)ały na szynkwasie. – Repetatur? 17 – zapytał Organista, który czasem lubił tak(cid:298)e popisywać si(cid:266) łacin(cid:261). Nieznajomy skin(cid:261)ł głow(cid:261) na znak przyzwolenia, a po drugim kieliszku jeszcze silniej krz(cid:261)kn(cid:261)ł ni(cid:298) po pierwszym. trzeci(cid:261) wychylił miark(cid:266). – Jako(cid:286) to mówi(cid:261) omne trinum perfectum 18 – zagadn(cid:261)ł znowu Organista. – Pal ci(cid:266) diabli, dawaj! – odparł nieznajomy silnym, basowym głosem i znowu duszkiem Ale Organista nie tak pr(cid:266)dko zwykł przerywać toku swoich przypowie(cid:286)ci. – No, a teraz – ozwał si(cid:266) znowu z figlarnym u(cid:286)miechem – po moich własnych wirszówŚ Wypije czwarty – kto nieuparty. Nieznajomy u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) od niechcenia. – Có(cid:298) to! Ty i wiersze robisz? – zapytał. – O tak, panie, dla lepszego szachrajstwo! Ale jegomo(cid:286)ć musi być z daleka, kiedy o tym nie wie! – podchwycił (cid:297)yd z swym niezmiennym nigdy u(cid:286)miechem. – I diablo z daleka, mój bratku! A(cid:298) z Siedmiogrodu! – Owa! fiu, fiu! – wyb(cid:261)kn(cid:261)ł Organista pokiwuj(cid:261)c głow(cid:261). – Ale(cid:298) nareszcie stan(cid:261)łem ju(cid:298) na miejscu! – wysapał z pełnej piersi nieznajomy, mówi(cid:261)c wi(cid:266)cej do siebie. – Jak to, tutaj? – zapytał Organista i mimowolnie cofn(cid:261)ł si(cid:266) krok w tył. 17 R e p e t a t u r? (łac.) – Czy powtórzyć? 18 o m n e t r i n u m p e r f e c t u m (łac.) – wszystko, co potrójne, najlepsze (do trzech razy sztuka) 10 – Tutaj, w tych stronach – odparł i nagle obracaj(cid:261)c si(cid:266) ku stołu, gdzie siedział maziarz na czele ryczychowskiej gromady, zawołał gło(cid:286)no, jakby chciał przestraszyć wszystkichŚ – Hej, daleko jeszcze do (cid:297)wirowa? 19 – Źo (cid:297)wirowa? – zawołał maziarz, na którym zapytanie to jakie(cid:286) szczególniejsze wywarło wra(cid:298)enie, bo a(cid:298) porwał si(cid:266) z miejsca i z dziwn(cid:261) uwag(cid:261) wpatrywał si(cid:266) w nieznajomego. – Ile mil jeszcze? – pytał podró(cid:298)ny rozkazuj(cid:261)co dalej. – Jak dla jegomo(cid:286)ci, to tylko trzy, ale dla kogo innego, to dobre cztery – wtr(cid:261)cił Organista wyr(cid:266)czaj(cid:261)c zapytanych. Nieznajomy spojrzał na (cid:297)yda surowym wzrokiem, jak gdyby chciał powiedzieć, (cid:298)e nie od lada kogo przyjmuje (cid:298)arty. Ale przebiegły Organista nie tak łatwo dał si(cid:266) zbić z toru. – Bez (cid:298)artów, prosz(cid:266) jegomo(cid:286)ci – ci(cid:261)gn(cid:261)ł dalej nie zmieszany – dla kogo innego, co to na przykład je(cid:296)dzi wozem, to go(cid:286)ci(cid:276)cem b(cid:266)dzie dobre cztery mile, ale jegomo(cid:286)ć piechot(cid:261) mo(cid:298)e jedn(cid:261) mil(cid:266) zostawić na boku. – Aha, jest zapewne jaka(cid:286) krótsza droga. – Buczalski wygon! – tłumaczył na rozum wójt ryczychowski. Organista bił si(cid:266) widocznie z jak(cid:261)(cid:286) ukryt(cid:261) my(cid:286)l(cid:261), któr(cid:261) wahał si(cid:266) na razie wyjawić. Nagle poprawił zakr(cid:266)cone pejsy, ukłonił si(cid:266) nisko berłydkiem i zapytał nie(cid:286)miało, bo po prawdzie niepospolicie mu imponowała zuchwała postawa i zawadiacka mina nieznajomegoŚ – Bez urazy jegomo(cid:286)ci, je(cid:286)li wolno zapytać, z przeproszeniem, do kogo jegomo(cid:286)ć do (cid:297)wi- rowa? szej ławie. – Źo kogo? Źo dworu – odparł nieznajomy niedbale, wyci(cid:261)gaj(cid:261)c si(cid:266) wygodnie na najbli(cid:298)- Organista odskoczył w tył jak oparzony, a pomi(cid:266)dzy ryczychowsk(cid:261) gromad(cid:261) jaki(cid:286) nagły, szczególniejszy powstał szelest. – Źo dworu? – zapytał (cid:297)yd, jakby nie dosłyszał dobrze. – Albo có(cid:298)? – wyb(cid:261)kn(cid:261)ł podró(cid:298)ny, zdziwiony niespodziewanym wra(cid:298)eniem słów swoich. – źt, jegomo(cid:286)ć sobie (cid:298)artuje – przemówił z nowym ukłonem Organista – do kogó(cid:298) by je- gomo(cid:286)ć szedł do dworu? cokolwiek tymi zapytaniami. – Jak to, do kogo, do dziedzica, bła(cid:296)nie! – zawołał nieznajomy z dum(cid:261), zniecierpliwiony – Źo nieboszczyka? – wyb(cid:261)kn(cid:261)ł Organista, jakby sam nie wiedział, co mówi. Nieznajomy jak op(cid:266)tany porwał si(cid:266) z ławy i jednym susem przyskoczył do (cid:297)yda. – Jak to? Co mówisz, nowy dziedzic (cid:298)wirowski nie (cid:298)yje? – zawołał gromowym głosem. Biedny Organista a(cid:298) przykucn(cid:261)ł z przestrachu, tak gro(cid:296)nym wydał mu si(cid:266) w jednej chwili nieznajomy. – Uchowaj Bo(cid:298)e – zawołał skwapliwie – po co by miał nie (cid:298)yć! (cid:297)yje, ale mieszka o mil(cid:266) za (cid:297)wirowem, a(cid:298) w Oparkach, prosz(cid:266) jegomo(cid:286)ci, bo dwór (cid:298)wirowski zakl(cid:266)ty. – Jaki? Zakl(cid:266)ty?! – wykrzykn(cid:261)ł podró(cid:298)ny, rubasznym wybuchaj(cid:261)c (cid:286)miechem. żarbaty Organista skrzywił si(cid:266) z niesmakiem. Mimo całego swego dowcipu ulegał po- wszechnej wadzie swego pokolenia, był zabobonnym, jak wszystka nasza wiejska dziatwa Izraela. – No, nie ma si(cid:266) tu wcale z czego (cid:286)miać – przedkładał z niezwyczajn(cid:261) u siebie powag(cid:261). – Widzi jegomo(cid:286)ć, ludzie gadaj(cid:261), (cid:298)e nieboszczyk pan staro(cid:286)cic chodzi po (cid:286)mierci. – Chodzi – powtórzył nieznajomy i nowym parskn(cid:261)ł (cid:286)miechem. – No, mo(cid:298)e sobie i biega, albo ja wiem – wycedził (cid:297)yd widocznie niekontent z niedowiar- stwa swego go(cid:286)cia. – Ale ja powiadam panu, (cid:298)e tak ludzie utrzymuj(cid:261), a stary dwór (cid:298)wirowski nazywa si(cid:266) w całej okolicy, na dwadzie(cid:286)cia mil wzdłu(cid:298) i wszerz, Z a k l (cid:266) t y m Ź w o r e m, bo nieboszczyk staro(cid:286)cic w nim si(cid:266) najcz(cid:266)(cid:286)ciej pokazuje. 19 (cid:297) w i r ó w – nazwa fikcyjna 11 – Komu? – zapytał podró(cid:298)ny drwi(cid:261)co. – Ho! ho! czy jeden go ju(cid:298) widział? – upewniał (cid:297)yd stanowczo. – No, ju(cid:298) to wybaczcie, panie arendarzu – wtr(cid:261)cił si(cid:266) z powag(cid:261) wójt ryczychowski – z bli- ska go podobno jeszcze nikt nie widział prócz starego klucznika, Kostia Bulija, który z nim jakie(cid:286) nieczyste utrzymuje konszachty. Ale z daleka niejeden ju(cid:298) spostrzegł (cid:286)wiatło w Zakl(cid:266)- tym Źworze i przypatrzył si(cid:266) samemu nieboszczykowi, b(cid:261)d(cid:296) jak z nahajk(cid:261) przechadza si(cid:266) po ganku, b(cid:261)d(cid:296) jak na czarnym gdyby w(cid:266)giel koniu ugania po dachu swego dworu. – I to wszystko mo(cid:298)na widzieć ka(cid:298)dej nocy? – pytał podró(cid:298)ny nie wychodz(cid:261)c z tonu drwi(cid:261)cej wesoło(cid:286)ci. – Bro(cid:276) Bo(cid:298)e – tłumaczył dalej wójt. – Nieboszczyk pokazuje si(cid:266) tylko w pewnych porach, w Źniach Zadusznych i kiedy nów na niebie. nowym rubasznym wybuchem (cid:286)miechu. – I do tego czasu nikt mu jeszcze porz(cid:261)dnie skóry nie wygarbował? – zapytał podró(cid:298)ny z Wójt obrócił si(cid:266) z niech(cid:266)ci(cid:261) i indygnacj(cid:261). – Nie godzi si(cid:266) (cid:298)artować w takich rzeczach – upomniał z powag(cid:261). Nieznajomy wzruszył ramionami. – Ha – szepn(cid:261)ł półgłosem, jakby sam do siebie – Szekspir powiada, (cid:298)e s(cid:261) rzeczy na niebie i ziemi, o których si(cid:266) ani (cid:286)niło filozofom. 20 A potem, obracaj(cid:261)c si(cid:266) do zgorszonego cokolwiek wójta, zapytał dalej mniej ju(cid:298) drwi(cid:261)cym tonemŚ – A jak(cid:298)e, w samym dworze nikt nie mieszka? – Nie ma (cid:298)ywej duszy ani w dworze, ani w oficynach. Od (cid:286)mierci staro(cid:286)cica niczyja jesz- cze noga nie przest(cid:261)piła progów Zakl(cid:266)tego Źworu, bo nieboszczyk zabronił tego wyra(cid:296)nie w swym testamencie. Nowy dziedzic mieszka w Oparkach i nigdy ani si(cid:266) poka(cid:298)e do (cid:297)wirowa. – A któ(cid:298) u licha gospodaruje w samym (cid:297)wirowie? – Żolwark le(cid:298)y o ćwierć mili na Buczałach, a tam mieszka i s(cid:266)dzia (cid:298)wirowski. – A stary, pusty dwór stoi tak na opatrzno(cid:286)ć bosk(cid:261), bez wszelkiej stra(cid:298)y? – Ta mógłby si(cid:266) wprawdzie obej(cid:286)ć bez stra(cid:298)y, bo ka(cid:298)den omija go na ćwierć miliś przy tym wszystkim pilnuje go jednak Kostę Bulij, dawny kozak 21 nieboszczyka, przezwany dzi(cid:286) klucznikiem Zakl(cid:266)tego Źworu. – A ten nie boi si(cid:266) upiora? – On! – zawołał wójt i wieloznacznie pokiwał głow(cid:261). – Powiadaj(cid:261) ludzie – dodał po chwi- li, zni(cid:298)aj(cid:261)c głos uroczy(cid:286)cie, ale w tym momencie drgn(cid:261)ł na całym ciele i co (cid:298)ywo zrobił krzy(cid:298) w powietrzu. Jednocze(cid:286)nie jaki(cid:286) osobliwszy szmer obiegł wszystkich obecnych. Nieznajomy obejrzał si(cid:266) zdziwiony ku drzwiom i sam o krok w tył cofn(cid:261)ł si(cid:266) z przestrachu. W rozwartych na (cid:286)cie(cid:298)aj drzwiach okazała si(cid:266) jaka(cid:286) olbrzymiego wzrostu postać m(cid:266)ska, której nagłe pojawienie si(cid:266) naj(cid:286)mielszy nawet umysł pomimowoln(cid:261) mogłoby przej(cid:261)ć groz(cid:261). żarbaty Organista umkn(cid:261)ł co (cid:298)ywo za kratki szynkwasu, a w przechodzie mógł tylko na ucho szepn(cid:261)ć nieznajomemuŚ – To on! Klucznik Zakl(cid:266)tego Źworu! 20 S z e k s p i r p o w i a d a (...) itd. – cytat z Hamleta (akt I, sc. 5) 21 k o z a k – słu(cid:298)(cid:261)cy, u(cid:298)ywany zwłaszcza do dalszych posyłek 12 II KLUCZNIK ZAKL(cid:265)TEGO DWORU Nowy, niespodziewany go(cid:286)ć, co jak istny lupus in fabula 22 pojawił si(cid:266) w najciekawszym toku rozmowy, a tak szczególniejsze na wszystkich sprawił wra(cid:298)enie, zatrzymał si(cid:266) chwilk(cid:266) nieruchomo przy drzwiach i badawczym po całej szynkowni potoczył okiem, jak gdyby ko- go(cid:286) szukał lub si(cid:266) czego(cid:286) zawahał u wnij(cid:286)cia. A przyznać nale(cid:298)y, (cid:298)e cała jego postać i po- wierzchowno(cid:286)ć musiałaby niepospolicie i temu nawet zaimponować, kto by do wszystkich jego tajemniczych stosunków z Zakl(cid:266)tym Źworem najmniejszego nie przywi(cid:261)zywał znacze- nia. Wzrostem si(cid:266)gał do samej niemal powały, sił(cid:261) budowy i dosadno(cid:286)ci(cid:261) kształtów mógł z najzawoła(cid:276)szym mierzyć si(cid:266) atlet(cid:261). Zdawało si(cid:266) niejako, (cid:298)e brakuje mu tylko lwiej łopatki w r(cid:266)ku, a potrafiłby sprawdzić wszystkie biblijne cuda Samsona 23, sam jeden potykać si(cid:266) z ty- si(cid:261)cami przeciwników, mury wywracać z posady. Z twarzy widać było jednak, i(cid:298) pewno z okładem przeszedł ju(cid:298) krzy(cid:298)yk pi(cid:261)ty. Liczne zmarszczki okrywały czoło i policzki, podgolony dokoła głowy włos przyprószył si(cid:266) znacznie siwizn(cid:261)ś tylko w(cid:261)s krótko podstrzy(cid:298)ony i niesłychanie g(cid:266)ste i krzaczaste brwi zachowały jeszcze pierwotn(cid:261), czarn(cid:261) jak w(cid:266)giel barw(cid:266). Na sobie miał zwyczajny w tych stronach strój chłopski, szar(cid:261) siermi(cid:266)g(cid:266), szerokim przepa- san(cid:261) rzemieniem, buty z wywróconymi u góry cholewami, czarny pil(cid:286)niowy kapelusz z sze- rokimi kresami i czerwonym sznurkiem dokoła. – Pal go diabli, to jaki(cid:286) prawdziwy klucznik czartowski! – wyszepn(cid:261)ł nasz nieznajomy w(cid:266)drowiec, który, jak si(cid:266) spodziewać mo(cid:298)na, w jednej chwili obejrzał go ciekawie od stóp do głowy, a ochłon(cid:261)wszy z pierwszego swego, pomimowolnego jakiego(cid:286) wra(cid:298)enia, posun(cid:261)ł si(cid:266) o krok naprzód ku nowo przybyłemu. Z reszty obecnych nikt nie (cid:286)miał ani spojrzeć na strasznego olbrzyma, tylko ów maziarz, co tak gło(cid:286)no do niedawna rej wodził mi(cid:266)dzy ryczychowsk(cid:261) gromad(cid:261), a całej rozmowie o Zakl(cid:266)tym Źworze w oboj(cid:266)tnym przysłuchiwał si(cid:266) milczeniu, porwał si(cid:266) nagle z swego sie- dzenia, a jaki(cid:286) zagadkowy wyraz ciekawo(cid:286)ci i niepokoju przemkn(cid:261)ł mu po twarzy. – Jak si(cid:266) macie, Kostiu! – ozwał si(cid:266) poufale – wracacie z Sambora? Kostę kiwn(cid:261)ł głow(cid:261) na znak potwierdzenia. – Ale nie potrzebujecie te(cid:298) mazi? – pytał maziarz dalej, a oczy jego jakie(cid:286) osobliwsze wy- – Nie, nie wyszła mi jeszcze dawniejsza – odpowiedział oboj(cid:266)tnie klucznik i obrócił si(cid:266) ku ra(cid:298)ały oczekiwanie. szynkwasowi. W tej chwili jednak wydawało si(cid:266) naszemu nieznajomemu w(cid:266)drowcowi, który stoj(cid:261)c w pobli(cid:298)u, (cid:286)ledził z uwag(cid:261) ka(cid:298)de poruszenie starego klucznika, (cid:298)e ten jaki(cid:286) dziwny, zagadkowy znak zrobił nagle maziarzowi. 22 l u p u s i n f a b u l a (łac.) – zwrot przysłowiowyś dosł.Ś wilk w bajce (o wilku mowa, a wilk tu) 23 w s z y s t k i e b i b l i j n e c u d a S a m s o n a – Łozi(cid:276)ski pomieszał tu dwie przygody Samsona (Sta- ry Testament, Ksi(cid:266)ga S(cid:266)dziów)Ś rozdarcie r(cid:266)koma lwa i zabicie o(cid:286)l(cid:261) szcz(cid:266)k(cid:261) tysi(cid:261)ca nieprzyjaciół. 13 Nieznajomy obrócił si(cid:266) szybko ku maziarzowi i spotkał si(cid:266) z nim oko w oko. I teraz dopie- ro uderzyła go nie postrze(cid:298)ona dot(cid:261)d postać i fizjonomia znanego nam kuma Źmytra. Nieznajomy cofn(cid:261)ł si(cid:266) nagle zdumiony, bo mu si(cid:266) zdało, (cid:298)e i ten w tej(cid:298)e samej chwili wy- mienił z klucznikiem jaki(cid:286) tajny znak porozumienia. – Có(cid:298) to ma znaczyć? – wycedził przez z(cid:266)by i badawcze w maziarzu utkwił spojrzenie. Ale i ten jednocze(cid:286)nie z tak szczególniejszym jakim(cid:286) wyrazem spojrzał mu w oczy, (cid:298)e nie- znajomy nasz w(cid:266)drowiec w wykrzywionych butach, mimo całej cynicznej niemal zuchwało- (cid:286)ci, jaka z ka(cid:298)dego jego tchn(cid:266)ła poruszenia, mimowolnie w dół spu(cid:286)cił oczy. Chciał co(cid:286) przemówić, ale maziarz obrócił si(cid:266) ju(cid:298) do stołu i ochoczo i wesoło zawołał do – No, bywajcie mi zdrowi, panowie gromada, miejcie si(cid:266) dobrze, a co wam nie dostaje, swych towarzyszyŚ kupcie sobie za gotowe pieni(cid:261)dze. – Jak to, ju(cid:298) jedziecie? – zapytał wójt, Iwan Chudoba. – Jad(cid:266), ale za kilka tygodni b(cid:266)d(cid:266) znowu mi(cid:266)dzy wami. Bywajcie zdrowi. I w jednym momencie u(cid:286)cisn(cid:261)ł serdecznie wójta, podał r(cid:266)k(cid:266) kolejno wszystkim siedz(cid:261)cym przy stole i przypadaj(cid:261)c do szynkwasu, gdzie wła(cid:286)nie olbrzymi klucznik z r(cid:261)k garbatego Or- ganisty mał(cid:261) blaszan(cid:261) wychylał miark(cid:266), zawołał pr(cid:266)dkoŚ – Ilem ci winien, mo(cid:286)ci Organisto? – Ze wszystkim, z wódk(cid:261) dla gromady, z sianem i owsem dla konia i z moj(cid:261) przygrywk(cid:261), dziesi(cid:266)ć sorokowców 24 jak uci(cid:261)ł – odpowiedział Organista zliczywszy kilka niezgrabnie na- bazgranych cyfer na szynkwasie. Maziarz dobył spory skórzany worek zza pasa, wyrzucił dziesi(cid:266)ć sorokowców na stół, za- sadził kapelusz gł(cid:266)boko na uszy, jeszcze raz skinieniem głowy po(cid:298)egnał wszystkich obecnych i jak strzała wypadł z szynkowni. I znowu zdało si(cid:266) naszemu nieznajomemu w(cid:266)drowcowi, (cid:298)e na samym wyj(cid:286)ciu nowy jaki(cid:286) tajemniczy znak wymienił z klucznikiem. – Czy si(cid:266) łudz(cid:266), czy mi(cid:266) zamroczyło w oczach – mrukn(cid:261)ł przez z(cid:266)by nasz bohater o wy- kr(cid:266)conych butach – ale mnie si(cid:266) zdaje, (cid:298)e ci dwaj znaj(cid:261) si(cid:266) jak łyse konie na jarmarku. A je- den i drugi osobliwsz(cid:261) jak(cid:261)(cid:286) ma fizjonomi(cid:266). I nagle zwrócił si(cid:266) do (cid:297)ydaŚ – Kto to jest ten człowiek, co wyszedł teraz? – zapytał. Stary klucznik miał ju(cid:298) wła(cid:286)nie odchodzić od szynkwasu, ale zatrzymał si(cid:266) na to zapytanie i spojrzał uwa(cid:298)nie na pytaj(cid:261)cego. zdawała si(cid:266) a(cid:298) j(cid:266)zyk pl(cid:261)tać w g(cid:266)bie. – To kum Źmytro, maziarz – odpowiedział (cid:297)yd, któremu obecno(cid:286)ć starego klucznika – A sk(cid:261)d on jest? – pytał dalej nieznajomy. – A któ(cid:298) go tam wie – odparł Organista wzruszaj(cid:261)c ramionami – wozi wyborn(cid:261) ma(cid:296) od wsi do wsi, sprzedaje taniej ni(cid:298) w mie(cid:286)cie, kredytuje ka(cid:298)demu, kto chce i nie chce, a sam wszystko płaci gotówk(cid:261). Wielce rarytny człowiek, ale nie ma si(cid:266) czemu dziwić, mówi(cid:261) prze- cie(cid:298), kto smaruje, ten jedzie po (cid:286)wiecie, a on musi najlepiej smarować, bo sam sprzedaje sma- rowidło. – Szczególna! – mrukn(cid:261)ł nieznajomy. – żdybym był powie(cid:286)ciopisarzem, musiałbym tu koniecznie znale(cid:296)ć zawikłanie do powie(cid:286)ci. I znowu ciekawie wpatrzył si(cid:266) w olbrzymiego klucznika. Nagle jaka(cid:286) my(cid:286)l strzeliła mu do – Hej, Kostiu! – rzekł (cid:298)ywo, zast(cid:266)puj(cid:261)c drog(cid:266) olbrzymowi. Klucznik Zakl(cid:266)tego Źworu przystan(cid:261)ł zdziwiony na miejscu i chmurnym i gro(cid:296)nym okiem spojrzał na nieznajomego, który ni st(cid:261)d, ni zow(cid:261)d tak poufale zagadn(cid:261)ł go po imieniu. 24 s o r o k o w i e c (ukr.) – dawna srebrna moneta austriacka (cwancygier) warto(cid:286)ci 20 krajcarów, równa 40 (ukr. sorok) – 42 groszom polskim głowy. 14 – Wy(cid:286)cie tu wozem? – pytał dalej nieznajomy. – Albo co? – odci(cid:261)ł krótko, a wypr(cid:266)(cid:298)aj(cid:261)c si(cid:266) surowo w całej postawie, groził pował(cid:266) prze- – Musicie mi(cid:266) wzi(cid:261)ć z sob(cid:261) do (cid:297)wirowa! – Co? jak? – zapytał klucznik tonem człowieka, który nie wie, jak w rogu, co chc(cid:261) od nie- bić głow(cid:261). go. Nieznajomy wyprostował si(cid:266) i odchrz(cid:261)kn(cid:261)ł gło(cid:286)no. – Id(cid:266) do waszego pana – rzekł z pewnym naciskiem. Klucznik o krok cofn(cid:261)ł si(cid:266) w tył i spojrzał na nieznajomego wzrokiem, który komu innemu niezawodnie popl(cid:261)tałby j(cid:266)zyk w g(cid:266)bie. – Źo kogo? – powtórzył wreszcie. – Źo waszego dziedzica, mówi(cid:266). – Źo (cid:297)wirowa? – To jest wła(cid:286)ciwie do Oparek, bo jak mi powiadaj(cid:261), dziedzic nie mieszka w (cid:297)wirowie. Klucznik co(cid:286) niezrozumiale mrukn(cid:261)ł przez z(cid:266)by. Nie zbity z toru nieznajomy ci(cid:261)gn(cid:261)ł dalej z drwi(cid:261)c(cid:261) niemal poufało(cid:286)ci(cid:261)Ś – Otó(cid:298), mój szanowny Kostiu Buliju, kluczniku Zakl(cid:266)tego czy Przekl(cid:266)tego Źworu, tytułem przyszłej znajomo(cid:286)ci i przyja(cid:296)ni musisz podwie(cid:296)ć mi(cid:266) do (cid:297)wirowa, czyli raczej do tego tam folwarku, jake(cid:286) go to nazwał, (cid:297)ydzie? – zwrócił si(cid:266) nagle do Organisty. – Buczały – przypomniał Organista usłu(cid:298)nie. – A prawda, Buczały! Otó(cid:298) z łaski swojej odwieziecie mi(cid:266) do Buczał, do ekonoma, do mandatariusza lub jakiegokolwiek innego czorta, a ten mi(cid:266) ju(cid:298) ode(cid:286)le do dziedzica. Kostę Bulij z wielk(cid:261) uwag(cid:261) wpatrzył si(cid:266) w nieznajomego i nie rzekł ani słowa. – No, jak(cid:298)e?... – pytał ten(cid:298)e bior(cid:261)c ju(cid:298) swe zawini(cid:261)tko na plecy. Klucznik zawahał si(cid:266) czego(cid:286). – Sk(cid:261)d(cid:298)e to znacie naszego dziedzica? – zapytał po chwili. – Ho, ho! Szeroko by o tym mówić – zawołał nieznajomy i rezolutnie pokiwał głow(cid:261). – Je- stem ty a ty z waszym dziedzicem. Kochamy si(cid:266) jak bracia (cid:286)lubni! 25 Źawniej (cid:298)aden z nas (cid:298)yć nie mógł jeden bez drugiego! Organista spojrzał na wykrzywione buty i krótkie r(cid:266)kawy nieznajomego i jako(cid:286) z niedo- wierzaniem wyd(cid:261)ł wargi, klucznik wzruszył ramionami i nie rzekł ani słowa. Podró(cid:298)ny rozochocił si(cid:266) jako(cid:286) do wynurze(cid:276). – Poczciwy Julek, ani mu si(cid:266) (cid:286)niło, (cid:298)e b(cid:266)dzie kiedy(cid:286) siedział w milionach! – zacz(cid:261)ł na no- wo. – Źałbym gardło, (cid:298)e nie wie dotychczas, jak sobie z nimi post(cid:266)pować. Ale ja go wezm(cid:266) pod moj(cid:261) opiek(cid:266)! Ho! ho! obaczycie, jak ja go wyfrycuj(cid:266). Klucznik znowu wzruszył ramionami. – Ale co tam – przerwał sobie nagle podró(cid:298)ny. – Jed(cid:296)my lepiej! Podwieziecie mi(cid:266) przecie(cid:298) – dorzucił tonem, który (cid:298)adnej ju(cid:298) nie dozwalał odmowy. – Ta – wyb(cid:261)kn(cid:261)ł klucznik. Nieznajomy wywin(cid:261)ł s(cid:266)kat(cid:261) sw(cid:261) lask(cid:261) mły(cid:276)ca w powietrzu, poprawił zawini(cid:261)tko na ple- cach, czapk(cid:266) gł(cid:266)biej zasadził na tył i post(cid:261)pił ochoczo za klucznikiem, który, nie mówi(cid:261)c ju(cid:298) ani słowa wi(cid:266)cej, zmierzał ku drzwiom. – A za wódk(cid:266)? – nagabn(cid:261)ł Organista, zachodz(cid:261)c z boku nieznajomemu. – Pó(cid:296)niej, jak b(cid:266)d(cid:266) kiedy przeje(cid:298)d(cid:298)ał t(cid:266)dy – odparł nie zmieszany nieznajomy i z takim (cid:286)wistem zamachn(cid:261)ł znowu swoj(cid:261) lask(cid:261), (cid:298)e biedny Organista, jak mógł najpr(cid:266)dzej, cofn(cid:261)ł si(cid:266) za swój szynkwas obronny. Na mostku przed karczm(cid:261) czekał wysoko wy(cid:286)cielony wóz z podolskim koszem plecionym, uprz(cid:266)(cid:298)ony dwoma r(cid:261)czymi ko(cid:276)mi, których czarna jak w(cid:266)giel ma(cid:286)ć niemało w opinii ludu 25 b r a c i a (cid:286) l u b n i – przyjaciele, którzy uroczy(cid:286)cie (cid:286)lubowali dozgonn(cid:261) przyja(cid:296)(cid:276) bratersk(cid:261) 15 pantałyku. szkodziła ich wła(cid:286)cicielowi. Klucznik z rzadk(cid:261) na swój wiek i sw(cid:261) tusz(cid:266) zr(cid:266)czno(cid:286)ci(cid:261) wsko- czył w siedzenie, ale przed nim jeszcze znalazł si(cid:266) ju(cid:298) tam nasz nieznajomy. – Pojedziemy tedy! – rzekł klepi(cid:261)c swego wo(cid:296)nic(cid:266) łaskawie po ramieniu. Klucznik znowu spojrzał na natr(cid:266)ta, ale ten nie lada czym dał si(cid:266), jak to mówi(cid:261), zbić z – Palicie fajk(cid:266)? – zagadn(cid:261)ł znowu swego wo(cid:296)nic(cid:266). Klucznik potwierdził skinieniem głowy. – A macie tyto(cid:276) przy sobie? – ci(cid:261)gn(cid:261)ł dalej nieznajomy. Klucznik zamiast odpowiedzi podał mu kapczuk napełniony. – To mo(cid:298)e i fajk(cid:266) macie na podor(cid:266)dziu? Klucznik wzruszył ramionami, dobył zza pasa zwykł(cid:261) glinian(cid:261), z wierzchu (cid:298)ółt(cid:261) blach(cid:261) pobit(cid:261) fajk(cid:266) z krótkim drewnianym cybuszkiem i nie mówi(cid:261)c ani słowa podał j(cid:261) swemu towa- rzyszowi. – No, jak na klucznika Zakl(cid:266)tego czy Przekl(cid:266)tego Źworu, to z nie najlepszej palicie lulki 26 – wtr(cid:261)cił jeszcze podró(cid:298)ny, który, jak widać, nie tak łatwo dał si(cid:266) zadowolić, a nało(cid:298)ywszy fajk(cid:266), jak mógł najsilniej, za(cid:298)(cid:261)dał jeszcze hubki i krzesiwa. Klucznik tymczasem coraz (cid:298)ywiej zacinał konie, wóz toczył si(cid:266) szybko po bitym go(cid:286)ci(cid:276)cu, a niebawem stan(cid:261)ł na zakr(cid:266)cie do prywatnej drogi ubocznej. Tu jednocze(cid:286)nie jaka(cid:286) inna zbaczała fura. Był to mały, słomian(cid:261) plecionk(cid:261) okryty z wierz- chu wóz, uprz(cid:266)(cid:298)ony jednym małym pstrokatym koniem, a powo(cid:298)ony przez człowieka, które- go twarz zasłaniały szerokie kresy kapelusza. Oba wozy mijały si(cid:266) ocieraj(cid:261)c jeden o drugi. W tej chwili podniósł głow(cid:266) wo(cid:296)nica jednokonki, a nasz nieznajomy poznał maziarza z ryczy- chowskiej karczmy. I znowu przysi(cid:261)głby, (cid:298)e mi(cid:266)dzy nim a klucznikiem przeleciał w po(cid:286)pie- chu jaki(cid:286) nowy tajemny znak porozumienia. – Ho, ho, to i ten maziarz co(cid:286) zmierza ku (cid:297)wirowi – ozwał si(cid:266) wreszcie, dm(cid:261)c przed siebie spory kł(cid:261)b dymu. Klucznik nic nie odpowiedział, tylko rzucił na pytaj(cid:261)cego spojrzenie, które zdawało si(cid:266) mówićŚ Milcz(cid:298)e raz, je(cid:286)li nie chcesz zlecieć z wozu. Nieznajomy ucichł, ale nie na długo, rozochocony raz j(cid:266)zyk (cid:286)wierzbiał go nad siły. – A daleko mamy jeszcze przed sob(cid:261)? – zapytał po chwili. – Źobr(cid:261) mil(cid:266) – odparł klucznik krótko. – Wasz s(cid:266)dzia oczywi(cid:286)cie (cid:298)onaty? Klucznik przyznał skinieniem głowy. – A jak si(cid:266) nazywa? – Bonifacy ż(cid:261)golewski. – ż(cid:261)golewski! ż(cid:261)golewski! Jakie(cid:286) g(cid:266)gaj(cid:261)ce nazwisko! Jego wła(cid:286)ciciel musi koniecznie mieć co(cid:286) wspólnego z g(cid:266)sim rodem. A ekonom wasz jak si(cid:266) nazywa? – Onufry żirgilewicz – odparł klucznik krótko. Nieznajomy parskn(cid:261)ł gło(cid:286)nym (cid:286)miechem. – A to widz(cid:266) jaka(cid:286) kolonia g(cid:266)gotliwych nazwisk. Onufry żirgilewicz, Bonifacy ż(cid:261)golew- ski! Źobrali si(cid:266) obadwaj, nie ma co mówić. I do którego(cid:298) tu z nich zajechać, żirgilewicz t(cid:266)- dy, ż(cid:261)golewski ow(cid:266)dy! Wielce czcigodny dobrodzieju i łaskawco, błogosławiony kluczniku Przekl(cid:266)tego Źworu – ozwał si(cid:266) wreszcie z komiczno-powa(cid:298)nym nastrojem – zawieziesz mi(cid:266) do pana ż(cid:261)golewskiego albo jeszcze lepiej do pani ż(cid:261)golewskiej, nota bene, je(cid:286)li warta grze- chu. Nie za(cid:298)egnany niczym dobry humor nieznajomego zdawał si(cid:266) ugłaskiwać po trosze same- go nawet ponurego klucznika, przynajmniej nie tyle ju(cid:298) niech(cid:266)ci i surowo(cid:286)ci malowało si(cid:266) w jego spojrzeniach. 26 l u l k a (ukr.) – fajkaś tyto(cid:276) do niej noszono w kapczuku, woreczku skórzanymś zapalano j(cid:261) krzesiwkiem i hubk(cid:261) (suchym próchnem) 16 – A có(cid:298), nie dojedziemy dzi(cid:286) do tego (cid:297)wirowa? – ozwał si(cid:266) znowu nieznajomy po długim przestanku. – Z tego tam pagórka ujrzymy ju(cid:298) dwór – odpowiedział klucznik i ra(cid:296)niej zaci(cid:261)ł konie. – Prawdziwie Zakl(cid:266)ty Źwór, bo zakl(cid:266)cie daleko do niego. Klucznik znowu zaci(cid:261)ł konie. Nieznajomy co(cid:286) niezrozumiale mrukn(cid:261)ł przez z(cid:266)by. Spojrzał z boku na klucznika i jakby si(cid:266) czego(cid:286) zawahał. Nagle machn(cid:261)ł r(cid:266)k(cid:261) i ozwał si(cid:266) na nowoŚ – Czy dwór ten dawno ju(cid:298) stoi pusto? – Od lat pi(cid:266)ciu – odpowiedział klucznik, a jako(cid:286) mimowolnie silniej zmarszczył czoło. – Jak to od lat pi(cid:266)ciu, kiedy dopiero trzy lata, jak nowy dziedzic obj(cid:261)ł w posiadanie? – Takś ale nieboszczyk, ja(cid:286)nie wielmo(cid:298)ny staro(cid:286)cic, (cid:286)wieć Panie jego duszy – przemówił klucznik uroczystym głosem – na dwa lata przed swym zgonem wyjechał był za granic(cid:266). – I gdzie(cid:298) umarł? – W Źre(cid:296)nie – odpowiedział starzec szybko, jakby chciał przykre jakie(cid:286) przytłumić wspo- mnienie. tu trupa. tchnieniem. – A wy(cid:286)cie byli przy jego (cid:286)mierci? – Skonał na moim r(cid:266)ku – odparł szorstko prawie, obra(cid:298)ony i zdziwiony tym zapytaniem. – Spocz(cid:261)ł tedy na obcej ziemi! – ci(cid:261)gn(cid:261)ł podró(cid:298)ny dalej. – Przeciwnie, w ostatniej swej woli kazał pochować si(cid:266) w (cid:297)wirowie i ja sam przywiozłem – A nie miał(cid:298)e ani dzieci, ani (cid:298)adnych bli(cid:298)szych krewnych, kiedy cały maj(cid:261)tek zupełnie niemal obcemu pozostawił imiennikowi? – (cid:285)p. ja(cid:286)nie wielmo(cid:298)ny staro(cid:286)cic był nie(cid:298)onatym – odpowiedział klucznik z ci(cid:266)(cid:298)kim wes- – Ale to nie przeszkadzało mu przecie(cid:298) mieć braci, siostry, synowców, siostrze(cid:276)ców, sy- nowice, siostrzenice. Bez tych przydatków trudno sobie nawet pomy(cid:286)leć bezdzietnego boga- cza. Klucznikowi widocznie przykr(cid:261) była cała ta rozmowa, twarz jego wi(cid:266)cej jeszcze ponury przybrała wyraz, a i głos zdawał si(cid:266) twardszym i surowszym. – Nieboszczyk miał przyrodniego brata, ale... – Ale? – podchwycił nieznajomy. – Nie lubił go – odparł klucznik krótko. – I nie zapisał mu nic zgoła? – Ani złamanego szel(cid:261)ga. – A brat ten (cid:298)yje? – Mieszka o półtora mili od (cid:297)wirowa, w Orkizowie. – Tam do kata! jak(cid:298)e ten przyj(cid:261)ł nowego dziedzica? – Źowiecie si(cid:266) to najlepiej od niego samego – odci(cid:261)ł klucznik tonem, który zdawał si(cid:266) wypraszać sobie wszelkie dalsze zapytania. Nie zra(cid:298)ony niczym podró(cid:298)ny chciał na nowo podchwycić w(cid:261)tek rozmowy. Ale w tej chwili wóz wtoczył si(cid:266) na pagórek, a w niezbyt dalekiej odległo(cid:286)ci odsłonił si(cid:266) nagle upra- gniony widok (cid:298)wirowskiego dworu. Nieznajomy a(cid:298) podskoczył w siedzeniu i chciwie wypatrzył si(cid:266) przed siebie. Sło(cid:276)ce ju(cid:298) przed półgodzin(cid:261) skryło si(cid:266) za góry i zmrok ju(cid:298) stopniowo osłaniał ziemi(cid:266). Z tym wszystkim dwór (cid:298)wirowski w do(cid:286)ć wyra(cid:296)nych przedstawiał si(cid:266) zarysach. Był to okazały jednopi(cid:266)trowy gmach murowany z dwoma na przód wybiegaj(cid:261)cymi skrzydłami, z wspaniałym gankiem o sze(cid:286)ciu słupach kr(cid:266)conych na froncie. Z tyłu ocieniał go szeroko sad owocowy, który po jed- nej stronie ł(cid:261)czył si(cid:266) z niewielkim sosnowym gaikiem, z przodu ci(cid:261)gn(cid:261)ł si(cid:266) otoczony ostro- kołem dziedziniec, z ogromnym klombem po(cid:286)rodku. U boku, w gł(cid:266)bi dziedzi(cid:276)ca, poza szpa- lerem z lip i dzikich kasztanów, wyzierały obszerne, równie(cid:298) jednopi(cid:266)trowe oficyny. 17 nia. Z daleka przy zapadaj(cid:261)cym zmroku nie widać było (cid:298)adnego zniszczenia ani w gmachu sa- mym, ani w dziedzi(cid:276)cu i oficynach, i trudno by si(cid:266) nawet domy(cid:286)leć, (cid:298)e stoi zupełnie pusty i nie zamieszkany. – To(cid:298) tedy ów Źwór Zakl(cid:266)ty? – wykrzykn(cid:261)ł nieznajomy. Klucznik zamiast odpowiedzi zaci(cid:261)ł konie. – Źalibóg, wcale niestrasznie wygl(cid:261)da z daleka! – mrukn(cid:261)ł nieznajomy po chwili milcze- – żłupców własny cie(cid:276) straszy – przemówił Kostę Bulij. – A gdzie(cid:298) wy mieszkacie z waszymi kluczami? – Mam osobn(cid:261) zagrod(cid:266) za gajem ogrodowym. – A wy(cid:286)cie (cid:298)onaci? – pytał dalej nieznajomy, nie daj(cid:261)c si(cid:266) zrazić lakoniczno(cid:286)ci(cid:261) otrzymy- wanych odpowiedzi. – Nie. – Mieszkacie sam jeden? Klucznik nic nie odpowiedział. Wjechał w szerok(cid:261), g(cid:266)stymi rz(cid:266)dy dzikich kasztanów ocie- nion(cid:261) ulic(cid:266), a nagle zakr(cid:266)cił na w(cid:261)ski wygon uboczny. – żdzie(cid:298) to zawracacie? – zagadn(cid:261)ł nieznajomy. – Podwioz(cid:266) pana do Buczał. – A ta(cid:298) ulica kasztanowa? – Prowadzi do dworu. Nieznajomemu strzeliła jaka(cid:286) my(cid:286)l nagła. – Hej, stójcie – zawołał (cid:298)ywo – wie(cid:296)cie mi(cid:266) raczej do dworu. Ogl(cid:261)dn(cid:266) to zakl(cid:266)te miejsce, przenocuj(cid:266) u was, a jutro ze (cid:286)witem pójd(cid:266) sobie piechoto do Oparek. – Pójd(cid:296) sobie pan, gdzie ci(cid:266) licho poniesie – wybuchn(cid:261)ł obcesowo zniecierpliwiony do najwy(cid:298)szego klucznik – tylko odczep si(cid:266) ode mnie! Nieznajomy nabiegł krwi(cid:261) cały i z impetem chwycił za sw(cid:261) lask(cid:266) s(cid:266)kat(cid:261). – Ho, ho, bratku – zawołał z zuchwał(cid:261), bu(cid:276)dziuczn(cid:261) min(cid:261) – zaczynacie si(cid:266) gniewać, jak widz(cid:266). Kostę Bulij zmierzył swego towarzysza na pół gro(cid:296)nym, na pół wzgardliwym spojrzeniem, wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. Wtem przypadkowo rzucił na bok okiem i w jednej chwili jaka(cid:286) szczególniejsza zaszła w nim zmiana. Wszystka krew wezbrała mu do głowy, brwi mocniej (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:261)ł pod czołem, wargi z zaciekł(cid:261) przygryzł zło(cid:286)ci(cid:261), a z oczu gro(cid:296)na wymkn(cid:266)ła si(cid:266) błyskawica. Nieznajomy mimowolnie spojrzał w t(cid:266) stron(cid:266), zapominaj(cid:261)c z nagłego zdziwienia o swej własnej urazie. O kilka kroków na przedzie, tu(cid:298) przy samym go(cid:286)ci(cid:276)cu, wznosił si(cid:266) na małym kopcu stary, pochylony na pół krzy(cid:298) drewniany, a o niego stał plecyma oparty jaki(cid:286) człowiek w chłopskim stroju. Nie wygl(cid:261)dał na (cid:298)ebraka, choć gruba i brudna na nim płótnianka w rozliczne rozstrz(cid:266)- piła si(cid:266) dziury, słomiany, okopcony kapelusz był bez dna prawie, a z wydeptanych chodaków bose wyzierały nogi. Był to widocznie jeden z nielicznych jeszcze wówczas proletariuszów wiejskich, co nie maj(cid:261)c sami gruntów, nie potrzebowali robić pa(cid:276)szczyzny, a je(cid:286)li uszli pobo- ru wojskowego lub w stał(cid:261) gdzie nie naj(cid:266)li si(cid:266) słu(cid:298)b(cid:266), stawali si(cid:266) ci(cid:266)(cid:298)arem i plag(cid:261) nie tylko wsi własnej, ale i całej nieraz okolicy. Był to zreszt(cid:261) nie pierwszej ju(cid:298) młodo(cid:286)ci człowiekś mógł mieć lat blisko czterdzie(cid:286)ci, a twarz jego dziwnie nieprzyjemny i odra(cid:298)aj(cid:261)cy nosiła wyraz. Jedno oko zdawało si(cid:266) spoczy- wać gł(cid:266)biej od drugiego, nos krótki, zadarty u spodu, a przypłaszczony w górze, miał w sobie co(cid:286) nieludzkiego, lubo godził si(cid:266) dobrze z niezwykle wystaj(cid:261)cymi jagodami i spiczast(cid:261) brod(cid:261). Małe, wkl(cid:266)słe, zielonkowate oczy, włos jaskraworudy i tysi(cid:261)c blizn po ospie uzupełniały ca- ło(cid:286)ć fizjonomii. 18 Stoj(cid:261)c oparty o krzy(cid:298) drewniany, z zagadkowym zaj(cid:266)ciem (cid:286)ledził ka(cid:298)de poruszenie tocz(cid:261)- cego si(cid:266) ku niemu wozu, a prawdziwie szata(cid:276)ski wyraz fizjonomii podnosił si(cid:266) jeszcze, im wi(cid:266)cej zbli(cid:298)ał si(cid:266) wóz. Na zaci(cid:286)ni(cid:266)tych ustach igrał mu u(cid:286)miech zapami(cid:266)tałej zło(cid:286)liwo(cid:286)ci, oczy migotały złowro- go w swych gł(cid:266)bokich jamach. – Kto jest ten człowiek? – zapytał mimowolnie nasz nieznajomy. Kostę Bulij nic nie odpowiedział, tylko ra(cid:296)niej zaci(cid:261)ł konie, jakby co najrychlej chciał omin(cid:261)ć figur(cid:266). Człowiek pod krzy(cid:298)em za(cid:286)miał si(cid:266) dziko, a (cid:286)miech ten miał wielkie podobie(cid:276)- stwo do przytłumionego wycia wilka. Klucznik jakie(cid:286) okropne wyb(cid:261)kn(cid:261)ł przekle(cid:276)stwo i znowu pop(cid:266)dził konie. Wóz ju(cid:298) mijał figur(cid:266), kiedy nagle, jakby syk gadziny, ozwał si(cid:266) głos obdartusaŚ – Powoli, powoli, Kostiu Buliju, aby(cid:286)cie karku nie skr(cid:266)cili przed czasem. A nie zapomi- najcie o Mykicie Oła(cid:276)czuku! Klucznik nowe dzikie wyrzucił przekle(cid:276)stwo i co sił stało, zacinał konie, a jakby nie sły- szał licznych wykrzyków i zapyta(cid:276) swego towarzysza, nie obejrzał si(cid:266) nawet, a(cid:298) przy zupeł- nie zapadłym zmroku stan(cid:266)li u kresu podró(cid:298)y w Buczałach. 19 III (cid:285)P. MANDATARIUSZ GALICYJSKI Mieszkanie mandatariusza, prze(cid:286)wietne dominium 27 w j(cid:266)zyku urz(cid:266)dowym, stało tu(cid:298) przy drodze, w niewielkiej odległo(cid:286)ci od zabudowa(cid:276) folwarcznych, opasanych dokoła wysokim, ociernionym w górze płotem. Był to niepoka(cid:296)ny, gontem pobity budynek i gdyby nie przyparte w zatyle przymurowanie z osobnymi d(cid:266)bowymi drzwiami i dwoma małymi, słom(cid:261) zatkanymi otworami po bokach, aniby domy(cid:286)leć si(cid:266) mo(cid:298)na, (cid:298)e to siedziba jurysdykcji 28 całego (cid:298)wirowskiego klucza. Rodzaj ten lamusu, ochrzczonego techniczn(cid:261) nazw(cid:261) aresztu dominikalnego, starczył razem za nadpis i cał(cid:261) zewn(cid:266)trzn(cid:261) wystaw(cid:266) urz(cid:266)du, który z tym wszystkim niepospolitej u(cid:298)ywał powagi i nie- słychany wzbudzał szacunek. „Co ma od(cid:298)yć w pie(cid:286)ni, musi zgin(cid:261)ć w (cid:298)yciu” 29 powiedział poeta, a na szcz(cid:266)(cid:286)cie man- datariusz i jego urz(cid:261)d dopełnili tego niezb(cid:266)dnego warunku i mo(cid:298)na ju(cid:298) (cid:286)miało obrać ich za przedmiot powie(cid:286)ciowego obrobienia. A po prawdzie potrzeba spieszyć si(cid:266) z tym przedsi(cid:266)- wzi(cid:266)ciem, bo dla najbli(cid:298)szych ju(cid:298) czasów, dla najbli(cid:298)szego pokolenia stanie si(cid:266) nasz niedaw- ny mandatariusz, podobnie jak komornik 30, istn(cid:261)
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Zaklęty dwór
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: