Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
01140 015523 17220534 na godz. na dobę w sumie
Wesele Hrabiego Orgaza. - ebook/pdf
Wesele Hrabiego Orgaza. - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 322
Wydawca: UNIVERSITAS Język publikacji: polski
ISBN: 97883-242-1123-4 Rok wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> klasyka literatury
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

Są w klasyce literackiej dzieła doniosłe, które ukazały się kiedyś, były wydarzeniem zmieniającym oblicze literatury, a które współczesnemu czytelnikowi znane są tylko z tytułów zamieszczanych w kompendiach i pracach naukowych. Niedostępne dla czytelników drzemią w bibliotecznych magazynach czekając na swoich czytelników. Dzieła niepospolite, nieprzeciętne, niejednoznaczne, wielowymiarowe. Książki, nad którymi trzeba się pochylić, zatrzymać na dłużej, do których powracamy. Lektury dla ducha. Postanowiliśmy je wydawać, aby dzięki serii „Klasyka...” odzyskały należne im miejsce i swoich czytelników.

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1123-4 Przedmiotem eposu, wbrew wszelkim gadaniom, może być tylko materiał przyszłości (Z rozmyślań nad zadaniami i nad istotą sztuki pisarskiej) 5 MĄDRYM INDIANOM, KTÓRZY Z POGROMU CYWILIZACJI OCALELI JESZCZE, ZA TO, ŻE ODWAGĘ POSIADAJĄ ZAWSZE, BY ZROZUMIEĆ WSZYSTKO, OPOWIEŚĆ POŚWIĘCAM, WIEDZĄC, IŻ DO NICH JEDYNYCH MOGĘ BEZ OBAWY PRZEMAWIAĆ PO POLSKU 6 ZBAWCA ŚWIATA I JEGO BARKEEPER1) 1) Bufetowy, kelner. 7 Rozdział wstępny, w którym będzie mowa o tym, jak... Dawid Yetmeyer, miliarder z New Yorku, uwiedziony spojrzeniami kardy- nała–inkwizytora Don Fernando Nino de Guevara na słynnym portrecie El Greca, postanowił nagle zostać zbawcą świata głównie w tym celu, by leczyć dotkliwe rany powojenne i pobudzać zgnuśniałą ludzkość do twórczości. Zjeżdża więc nasz, skądinąd wybitnie otyły, bohater do starożytnego Toledo w Hiszpanii i prowadzi tutaj rokowania z powiernikiem swoim Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez, kelnerem z zawodu, o założenie dancinga, w którym mają odbywać się nowoczesne misteria pantomimowo-taneczne, pobudzające ludzi do wskrzeszania uczuć religijnych i do historycznego sposobu ujmowania rzeczywistości. Poprzez religijność i historyczną syntezę powrócić ma myśl czło- wiecza do zaprzepaszczonych przez długoletnią pożogę wojenną zdolności twórczego budownictwa we wszystkich dziedzinach kultury i cywilizacji. Siedzibą zbawczego dancinga ma być Posada de la Sangre, historyczna oberża, w której ongi Cervantes pisał swego Don Quichote. Pantomimową primabaleriną będzie Donna Evarista de las Cuebas, potomkini rodu, z które- go pochodziła żona El Greca. Dziewczyna ta, odznaczająca się niesamowitą urodą, jest właścicielką cennej sadyby dancingowej i od jej to opiekuna nabył Jacinto dla Yetmeyera Posada de la Sangre. Wskutek tragicznej miłości do matadora Manuela, który podczas niefortunnej walki z bykiem Corcito popeł- nił na arenie samobójstwo, popadła Ewarysta w silny rozstrój nerwowy. Obo- wiązki tanecznicy i kapłanki misteriów wyrwą ją obecnie z ponurej obroży me- lancholii. 9 Gnali go przed sobą wśród gwizdów, chichotów, wymyślań. Ku Zo- codoverowi zmierzał przez Calle del Comercio. Staczał się po pryncy- palnej pochyłości Toleda miarowo, z godnością, mimo swywolne po- pchnięcia i wyuzdane przezwiska. Postać miał przyziemnego grzyba tru- ciciela. Brzuchaty potworek w pasiastym, fioletowo-zielonkawym ko- stiumie, z krótkimi porteczkami i z ogromną brązową, żółtymi cętkami nakrapianą czapą na głowie rozrosłej, pozbawionej szyi. Cienista fasa- da czapy i w rogową oprawę ujęte okulary uwalniały oblicze od potrze- by jakiegokolwiek wyrazu. Dreptała tuż przed nim w leniwym pośpiechu spłoszona trzoda roz- dzwonionych koźląt, pobekując ślamazarnie. Rozszalały osioł, zrzuciw- szy warzyw kosz przygniatający, wpadł na chodnik, rozpędzając koro- wód mnichów zakapturzonych w oponach flagelanckich. Czereda ulicz- nych bachorów, posuwając się uporczywie tuż za przybyszem, po szep- tanych konszachtach swych aficionados1) niesłusznie, z przejmującym jazgotem orzekła: – Ingleze! Ingleze! Wielkie słońce toledańskie rozdziawiło swoje dumne ślepia, posy- pując rdzawym proszkiem nadwieczornych blasków bruk kamienisty, zmarniały od niewolniczego stąpania wciąż powrotnych stuleci. Zatrzymały go przez chwilę napastliwe duszności. Na krztuszącego się spadł grad dobrze wycelowanych pocisków: skórki pomarańczowe, okrągłe owoce oliwek, zbrudzone listki sałaty. Przemówił do gawiedzi w niezrozumiałym języku: – Nie myślcie, moi kochani, iż koniecznie trzeba wrzeszczeć, nie wiedząc, czego się chce od siebie samego! Można w tym wypadku tak samo milczeć, jak wówczas, kiedy wie się, czego chcieć! Wiem ja na przykład, czego domagam się od mej własnej persony, ale gdyby za- szedł wypadek wręcz przeciwny, wątpię, czy zdobyłbym się na rozgłos uliczny. Jeżeli jednak sądzicie, że przy pomocy donośnych, a raczej nie- znośnych okrzyków zdołacie zgłębić, czego chcecie ode mnie, lub zgoła 1) Znawcy. 11 dociec, czego ja chcę od was, proszę... bez wszelkich ograniczeń folguj- cie nadal rozprężonym gardziołkom! Stropili się niezrozumiałością wprost wyzywającą. Zdążył przybłęda wyzyskać moment osłupienia i dopadłszy Café-Restaurant „Vienna”, pod kremowym parasolem ogródkowego stolika przykucnął. – Proszę zawołać senora Jacinto! – uprzejmie zażądał. Z szeregu bladoniebieskich fraków i ciemnopąsowych kamizelek wyplątał się staruszek smukły, kościsty, kroczący z godnością przezorną. Podgięte okolenie wystającego podbródka dążyło zawzięcie do zetknięcia z ostrym zakończeniem nosa, nad którego cienkim grzbietem migotały czarne oczęta przerażonego niemowlęcia. Potworek czapę niby przyłbicę na oczy zapuścił i wymamrotał: – Jestem Dawid Yetmeyer z New Yorku, zamieszkały przy tysiącz- nej trzechsetnej trzynastej Avenue w District of honourable lazy men1). Czy mam przyjemność z senore Jacinto, z którym łączy mię półroczna niemal korespondencja i którego listy posiadam przy sobie? Frak ponuro usłużny połami wesoło zaszeleścił, objawiając swe mia- no: – Jam jest, nie inaczej: Don Jacinto de Gouzdrala Gouzdrez. Ocze- kiwałem waszej wysokości z niewymierną niecierpliwością. Służyć mogę doskonałym puchero2) z niezrównanymi garbanzos, czy też dla ochłody mrożoną czekoladą? – Nie życzę sobie w tej chwili ni strawy, ni napoju. Poza tym nie jestem ani wysokością, ani niskością. Jako mieszkaniec nowego świata jestem wyłącznie równością, co rozumieć należy, że równy jestem każ- demu, kto nie wymaga, bym mu to przyznał. Wszystko gotowe? – Najzupełniej. Sądzę, że wreszcie skończyła się wojna i że czas naj- stosowniejszy do otwarcia interesu. – Przypuszczam, iż nie mylę się, uważając porę za odpowiednią. Zresztą już sam rodzaj mojego przedsięwzięcia domaga się czystego typu powojennego. – Szkoda, że nie przedwojennego lub nawet wojennego, bo wów- czas troska o zyski byłaby mniejsza – chytrym szeptem zauważył Jacin- to. – Punktem wyjścia przy podejmowaniu przedsiębiorstw w dobie obecnej są dla nas, Amerykanów, zobowiązania moralne, zaciągnięte wobec osób drugich, albo też czasem i wobec siebie samego. Zachętą 1) Dzielnica czcigodnych próżniaków. 2) Najpopularniejsza potrawa hiszpańska. 12 przy montowaniu interesów są dekoracyjne motywy zabawowe. Dopie- ro samo wykończenie byznesu uwieńczone być winno architektonicz- nie okazałą, a smaczną kolumnadą zysków. Przedwczesne zamysły ren- towności psują linię rozwojową zarobkowej konstrukcji i niweczą logi- kę wynikających z niej wypadków. Otóż przyjeżdżam tu, by przede wszystkim wykonać dobrowolnie przyjęte polecenie ziomka waszego, kardynała inkwizytora Don Fernanda Nino de Guevara. Pobożnego tego okrutnika więzi w swym czerwonym pałacu w New Yorku znany nasz miliarder, a przez to i mój konkurent Mr. H. W. Havemeyer. Kar- dynał życzy sobie, jako niepoprawny Europejczyk, nic mniej i nic wię- cej, jak tylko, by ktoś wyświadczył postarzałemu i zgnębionemu konty- nentowi jakieś dobre okrucieństwo czy okrutne dobrodziejstwo, a to ce- lem podtrzymania zanikającego od wybuchu ostatniej wojny wątka hi- storii. Podjąłem się tego zadania tym skwapliwiej, że trudno się dziś imać czegoś mądrzejszego, jak pozytywnego tępienia nadużyć powo- jennych, popełnianych przez stosowanie samych złych okrucieństw i okrutnie głupich złości. Nadarza mi się również sposobność wprost cudowna do gruntownego porachunku z Havemeyerem, który nie tyl- ko jest miliarderem, jak i ja, nie tylko posiada czerwony pałac w najbliż- szym sąsiedztwie czarnego mojego domu, ale na dobitek wszystkiego, wyobraź sobie mój Jacinto, jest kolekcjonerem dzieł sztuki! Czy ty zda- jesz sobie sprawę, kochany przyjacielu, do czego doprowadzić może kolekcjonerstwo, zwłaszcza przy olbrzymich, niezmierzonych, niewy- czerpanych środkach pieniężnych mego konkurenta? Po prostu do wy- cofania żywych faktów lub ich wiarogodnych świadków z obiegu histo- rii, do zupełnego przerwania i tak już nadwyrężonej dziejowej ciągłości. Sam powiedz, czy mogę ja dopuścić do tej ostateczności, ja, kardynała Fernanda delegat, misjonarz, powiernik? Skoro przez Havemeyera wyraża się ludzkość znudzona historią, w takim razie występuję ja, Yet- meyer, znudzony ludzkością i wraz z inkwizytorem–okrutnikiem uwol- nię całą historyczną przeszłość, by o ile może i zechce, weszła w teraź- niejszość. Będzie to próba nawiązania dziejów i niebawem przekonamy się, czy ta teraźniejszość w ogóle do życia jest zdolna. Wiem, że nieła- twe jest moje zadanie, i wiem, że chcąc dopiąć celu, posługiwać się muszę środkami najnowszymi, a więc obowiązującymi już po ostatniej wojnie międzyludzkiej, czyli tak zwanymi powojennymi i stąd nieludzkimi. – A więc nie kinematograf w połączeniu z okultystyczną jadłodaj- nią, jak ostatnio pisał pan dobrodziej? – zaskomlił Jacinto. – Nie, raczej dancing wraz z przyczepioną recytatornią okrucieństw arytmicznych. 13 – Ostatecznie, taki typ interesu czy owaki, to rzecz dla mnie pod- rzędna, prawie obojętna... – Tak, tak, obojętna – żywo podchwycił Jankes i rozjaśnił zamglone w szkieł poblasku źrenice topazowych oczu. Uniósł się na krzesełku, brzuszek ukryty pod blaszaną taflą stołu na wierzch wydobył i zerwaw- szy czapę z głowy, ujawnił jasnoryżą, kędzierzawą, przemocą pomady ujarzmioną czuprynę. – Sądzę, mój Jacinto, że posiadasz główny warunek po temu, by mogła połączyć nas przyjaźń, nie jest ci bowiem obcą konieczność stosowania obo- jętności w związkach ścisłych, czyli na ścisłym wyrachowaniu opartych. Brak wszelki spólnych upodobań i zaciekawień ułatwi nam niewątpliwie zawar- cie stosunku, wyrażającego się raczej w przyjaznej obojętności, o którą mi chodzi, gdyż może być potrzebna, aniżeli w obojętnej przyjaźni, która jedy- nie w płciowym odniesieniu, zwłaszcza w małżeństwie pożyteczną czy po- żądaną być może, a której nie umiałbym nigdy na nic użyć. – Gdy byłem pierwszym poganiaczem mułów królewskiej stadniny w Madrycie, nawiedzały mię różnorakie miłości młodzieńcze. Kochałem wówczas gibkie dziewczęta Granady, Kordoby góry dzikie, wyniosłe, Barcelonę zapachnioną gajami pomarańcz, kochałem Loteria de navi- dad1) na Puerta del Sol pod balkonem „Correspondencia de Espana”, a nawet kochałem i całą Hiszpanię. Nic bardziej nie zniechęca jednak do miłości aniżeli zawód kelnerski. Przy posłudze kawiarnianej napatrzyłem się tylu dziwnościom, że dojrzałem, osiwiałem i zobojętniałem. Dziś żywo przejmuję się jedynie samym sobą i nic kochać nie mógłbym. Dziś czuję szczerą obojętność: dla wszystkiego i wszystkich poza mną. – Masz oto czek na dziesięć tysięcy dolarów, wart tego jesteś. Racz przyjąć tę drobnostkę jako podstawę, utrwalającą naszą obustronną obojętność, a równocześnie zasilającą twoją miłość własną. Dławił się Amerykanin śmiechem radości w przełyku grzęznącym i zacierał rączki na znak, że rozwija się pomyślnie interes. Kelner zaś Jacinto z czekiem w dłoni zwiniętym jeszcze bardziej w wyprostowaniu służebnym zesztywniał i, pokrywając wzruszenie, przymknął oczki, jak gdyby chciał wystylizować w mózgu kształt tuż urzeczywistnionego marzenia. Wnet jednak otrząsnąwszy się z zadumy, do bufetu pośpie- szył, by powrócić z filiżanką czekolady wraz z nieodłączną szklanką wody mrożonej, w której sterczał wysmukły azucarillo2). 1) Najpopularniejsze ciągnienie loterii państwowej w Madrycie w 22 dniu każdego grudnia. 2) Cienka laseczka lodu z cukrem. 14 – Trzeba posilić się, senore, zwłaszcza w dzień, jak na jesień, wyjąt- kowo upalny. Wprawdzie to piątek i post nas obowiązuje rzetelny, ale orzekł już raz Escabar: „liquidum non rumpit jejunium”1) i tego się trzymam. Lepszej zaś czekolady nie podają nawet u Mallorquina w sto- licy. – Powiedz, coś zdołał uczynić dotąd dla mnie? – zaskomlił gruba- sek, ulegle połykając słodycz zawiesistą. – Moc zdziałałem, dobrodzieju szanowny, do zeznań jednak zabra- kło odwagi niezbędnej. Obawiałem się, czy pokryć zechcesz wydatek nieskromny. Obecnie zuchwałość wypowiedzieć raźniej, skoro twej hojności uzyskałem pewność: oto nabyłem na interes Posada de la San- gre... – Oberżę, w której Don Quichote, wszelkich poczynań patron naj- cenniejszy, otrzymał ongi swe znamię rycerskie? Jacinto! Czy to być może? Zapewniłeś mi miejsce, z którego wyruszył Cervantes na świata spłowiałego pierwsze przemienienie twórcze?... – Nie inaczej, panie szlachetny. Historyczna, cuchnąca buda, za- kupiona (bez uiszczenia pieniędzy!) za nieprzyzwoitą ilość pesedów, jest twoją własnością. Spełniłem jedynie pańskie życzenie listowne. Orznął mię właściciel, stary kotlarz Enrico, ale wolałem przepłacić, aniżeli dopuścić, by cygański urwis oddał sadybę w ręce jakiejś tam komisji konserwacji zabytków czy innej podobnej mędrkowatej insty- tucji. Właściwie działał Enrico jedynie w imieniu obłąkanej swej bra- tanicy, sieroty Donna Evarista de las Cuebas, w prostej linii potomki- ni rodu, który ongi dał matkę jedynemu synowi sławnego Kreteńczy- ka, osiadłego w Toledo, Dominika Theotokopulosa. Oszalała dziew- czyna jest nieszkodliwa i moim zdaniem należałoby ją do nas przygar- nąć, bo szczęście dancingowi przyniesie. Można ją zostawić w jednej stajennej komórce, gdzie i obecnie stale na barłogu wśród szczurów o utraconym szczęściu rozmyśla. Dziś jeszcze cudność jej, niby pącz pomarańczy, rozkwita mimo łachmany i wyzierający przez nie brud piersiąt zawzięcie sterczących. Szesnaście lat miała, kiedy padły na nią uroki pewnego marnego Espady z Walencji. Minęło sporo miesię- cy niepotrzebnych wśród uciech, zabaw, przepychu. Tłumy oblegają- ce arenę, na której zmagał się nieudolnie Manuel umiłowany z byka- mi, bardziej udolnymi od niego... nie jemu, lecz jej swe hołdy słały w kwiecia rozlewie i złotych monet mnogości. Aż zdarzyło się raz w Alicante, że byk andaluzyjski, pamiętny Corcito, przeciw Manuelowi 1) „Słodycz nie sprzeciwia się nakazom postu.” 15 zwyciężył. Trzydzieści dwa konie legły, okaleczało pięciu banderillos, kilkadziesiąt pchnięć lanc pikadorskich skrwawiło harde stworzenie, ale wciąż Corcita zimne ślepia unikały śmiertelnego pchnięcia, ośmie- szając matadorską fuszerkę kokietliwego galanta, który nie umiał zdobyć się na (co najmniej!) poprawne męstwo ani w recibis1), ani też w volapie2). I oto spadł na arenę, niby szczebiot skowroni, słodki okrzyk dziewczęcy: „Toro, Corcito, eviva!” Ewarysta, panie dobrodzieju, przeciw Manuelowi krzyknęła! Rozu- mie się, że wnet głosów tysiące ryczały: „Eviva, toro!” Pochylony w mądrej chęci życia łeb byka naręcz róż purpurowych okryła. Ewarysta, szanowny panie, przeciw Manuelowi róże zwycięzcy rzuciła! Zrozumiał w końcu i sam Manuel, po raz pierwszy w życiu sprawnie veronicę3) przed własnem, osromotnionym obliczem wykonał i prze- biwszy pod osłoną kapy jagnie swoje serce, legł w piasku areny tuż przed bykiem zwycięzcą. Ona zaś... Wiotka jak eukaliptus w księżycowe niebiosa swe żądze szumiący, zeszła Ewarysta do zwyciężonego kochanka i z zastygłej jego dłoni jedwabną muletę4) wydarła, przysłaniając odtąd stale krwawą szmatą cudne swe oblicze. Ktokolwiek ku niej podejdzie, wnet chustę czerwoną na oczy zapuszcza. Pomyliło się w niej wszystko, czy też na- prawiło, co było pomylone, sam nie wiem. Zagnieździła się w kotuchu Cervantesowskiej, dziś już twojej rudery, podczas gdy pustką stoją licz- ne jej pałace i zameczki. Nie wiadomo, czym się żywi, mówi mało i to przeważnie od rzeczy, przynajmniej od rzeczy tych ogólnie ludzkich, a może właśnie do rzeczy tych szczególnie własnych... – Pójdźmy do niej – domagał się Amerykanin. – Urządzę tylko rzewne pożegnanie wśród swoich, jak człek, który godnie spełnia obowiązki społeczne. Przedtem jednak wiedzieć rad bym, gdzie senor Dawid zamieszka? – Wspominałeś, że w Posada sporo jest wolnego miejsca? – Zaiste, ale żadnej nie masz tam izby, w której mógłby istnieć czło- wiek na poły normalny. Przed zajazdem stoją wprawdzie na dziedzińcu 1) i 2) Toreadorskie metody zadawania bykowi ciosu śmiertelnego. 3) Sposób drażnienia byka za pomocą kapy toreadorskiej. 4) Czerwona chusta matadora. 16 dwa wozy należące do posesji, ale wątpię, czy wolno je uważać za lego- wisko właściwe dla kogokolwiek... – Doskonale, otóż właśnie na wozach, pod gołym niebem zamiesz- kam, a to tym chętniej, iż zapomniałem zbadać, czy władze rodzime wpisały mię na listę stworzeń normalnych, czy też na jaką inną... Wypluł z ust ostatek oślizgłego azucarillo, brzuszek ponownie pod stół schował, czapę na oczy zasunął i ująwszy mięsiste swoje lica w małe, pulchne łapki, podążył w ustronie rozstrzygających medytacji. – Nie przeczę, że wszystkiego nabawił mię ten przeklęty Have- meyer. Jemu to zawdzięczam brzemienną w skutki znajomość z kar- dynałem Nino. Nie ma racji Havemeyer, skazując niewyżyte fakta hi- storycznej przeszłości na ukrycie zazdrosne, niecielesne zaś postacie tych faktów na więzienie bezprawne. Oto dożyliśmy epoki, która za- traciła wątek ze swymi ludźmi i nie może już ścierpieć ani jednego człowieka, gdyż wszyscy razem i każdy z osobna pozbawieni są jakie- gokolwiek tła jakiejkolwiek epoki. Wcale już nie chodzi o możliwość własnego kąta widzenia czy o psychiczny interes osobisty. Właściwie gra idzie o to, iż trudno dłużej wytrwać bez utraty równowagi nad rubieżą przepaści bezhistorycznej. Każdy moment dalszego, najmniej wyrachowanego, najbardziej przypadkowego trwania w tej atmosfe- rze zagraża podstawowemu poczuciu wszelkiej własnej rzeczywisto- ści. Wojna nauczyła ludzi groźnego odróżniania fikcji od rzeczywisto- ści. Dzięki temu nałogowi rozwija się nudny przemysł wynajdywania coraz to nowych nazw i nalepiania ich na same przestarzałe rzeczy, fakta. Ciche nalepki powagi stwarzają zatory w wartkich nurtach krzy- kliwego życia. Nikomu na myśl nie przyszło, by stwarzać nazwy od rzeczy, bez rzeczy i do nazw tych rzeczy dopiero dorabiać, co mogłoby dać początek nowej zgoła gałęzi wytwórczości, a mianowicie zabaw- karni dla ludzi dorosłych. Uprzemysłowienie dojrzałego dzieciństwa, zdziecinnienie nowo-czesnych sensów twórczych! Nowa epoka, nie- bywałe możliwości, a wszystko oparte na żelazo-betonowych sklepie- niach wiary, iż w twórczej zabawie jedyne zbawienie spółczesnej ludz- kości! Nikt o tym nie pomyślał... Przez stosowanie trywialnych for- mułek radzą i pomagają sobie ludziska, jak mogą. Ocalają swą za- mgloną świadomość dzięki spopularyzowanym metodom niezawod- nego stwierdzania praktycznych oczywistości, co się równa lubieżne- mu, a w każdym razie bezpłodnemu obmacywaniu życia. Stąd też znają oni, w anonsach rozgłaszają, kupują i sprzedają różnice, oddzielające realną powszedniość od powszednich fikcji, różnice, których nie ma i nie było nigdy. Wymyślili sobie nawet pewien rodzaj wszystkim do- 17 stępnej tandety, którą się cieszą i której schlebiają, a miano jej: nie- zwykłość. Słusznie więc twierdzi więziony kardynał, że jedynym środ- kiem, który zdoła pojednać ludzi obecnych z ich epoką i to w tym du- chu, by oni zdołali ją urobić, a nie ona w kierunku ich ukształcenia czyniła bezowocne wysiłki, jest zastosowanie fikcji do celów praktycznych. Daleko to odbiega jeszcze od zasady zbawczej zabawy, ale bądź co bądź nielada uciechę sprawi możność wykazania, że fikcje są bardziej wytrzyma- łe jako życia podwaliny od wszelkich faktów rzeczywistych. Rozumie się, że konieczne jest uzyskanie obywatelskiego równouprawnienia złudy z oczy- wistością, co tym łatwiej stać się może i bezzwłocznie stać powinno, jeśli uprzytomnimy sobie, jak wielka wojna doprowadziła w ostatecznych wyni- kach do zrównania wszystkiego, co niewspółmierne. Wobec szalbierczej skłonności ludzi powojennych do uchylania się od śmierci, a to bądź przez zwężanie pełni życia pod hasłem wszelkiego rodzaju „świętobliwych” obo- wiązków, bądź też przez rozdymanie rozkosznictwa z uwolnieniem od ja- kiejkolwiek umysłowej taksy, co wszystko razem wzięte budowę historii utrudnia – jedynie rozwielmożniona fikcja, życie wszechobejmująca, zdoła nas wyposażyć w należycie rentującą się kalkulację przedśmiertnego sensu. Tylko fikcja może nam dzisiaj ułatwić narodziny dziejowej epoki, którą zapełnimy treścią wypracowaną z uprawnionego do życia systemu myślenia i którą sami przeżyjemy świadomie wśród zabaw przedśmiertnych. Jako wstęp do spółczesnej historii, którą sztucznie trzeba pobudzać do życia z powojennego letargu, posłużą przede wszystkim niezbadane fakta uwięzionej w dziejach sztuki przeszłości. Należy wszystko możli- we uczynić, by nieprawnie zatajona przeszłość mogła się wyżyć w teraź- niejszości, pozbawiając tę ostatnią jej bezhistorycznego zdrętwienia. Konkurencyjne wobec Havemeyera zapędy naprowadziły mię przede wszystkim na konieczność ucieleśnienia portretowych i kompozycyjnych pomysłów, a to bez wszelkich mozołów ekshumacyjnych czy okulty- stycznych, lecz jedynie przy pomocy trafnie stosowanych fikcji i w za- wziętym przeciwieństwie do martwego, na wyświechtanych oczywisto- ściach nauki opartego kolekcjonerstwa. Jak dotąd, jestem sam z sobą w zupełnym porządku. Również słuszną zgoła jest rzeczą, bym jako świata nowego mieszkaniec temu mrowiu ludzkiemu przedwcześnie zwiędłej Europy przywiózł w darze środek ratowniczy, co do pewnego stopnia od najdawniejszych czasów stanowi rodzaj tradycyjnego sportu Ameryki. Inna już rzeczy, co oni uczynią z samym darem, i ani przez chwilę nie wątpię, że postąpią z nim nie inaczej, aniżeli uczynili to ze złotem, którego od czasów Kolumba po dni ostatnie używali namiętnie celem zupełnego wysilenia swych zaso- 18 bów po to tylko, by uszlachetniony i pomnożony kruszec wysłać w koń- cu z powrotem do nas za Ocean. Nie ukrywam również przed sobą, że przystępując do dzieła na hisz- pańskiej ziemi jako kardynała misjonarz, przede wszystkim pragnę po- konać Havemeyera, więżącego życie w obrazach, a zwycięstwo nad kon- kurentem zamierzam odnieść przez uruchomienie obrazów w życiu. Na ucho samemu sobie szeptem zeznam, że gdyby z poczynań moich mu- siało wyniknąć dla samej osoby cennego adwersarza groźne, powiedz- my otwarcie... śmiertelne niebezpieczeństwo, przed wykonaniem zamie- rzeń chyba się nie cofnę. A teraz wzywam was, wielcy, historyczni sojusznicy, ciebie, Don Quichote, i ciebie, kardynale okrutniku, was, bracia słoneczni, mój ty przeczysty conde Orgazie i mój roztęczony El Greco, bywajcie, do Po- sada de la Sangre śpieszcie na pomoc w dziele zbawczego humbugu, z którego narodzi się cud!! Pomnijcie, że dotychczasowe cudy w przeważnej ilości były nieroz- ważne i prędzej czy później okazały się humbugiem, skąd też wynika konieczność wszechstronnego rozważenia humbugu, celem umożliwie- nia i ubezpieczenia cudu! Pomnijcie! Oto chwila sprzyja niezwykle memu przedsięwzięciu, skoro gromady ludzkie tak ostatecznie zgłupiały, że i najmądrzejsze poczynanie jest już dopuszczalne bez zbytniego narażania się na prze- śladowanie czy też zarozumiale spopularyzowane zrozumienie. Nad- miar zresztą sławionych zbawców, odkrywców, reformatorów, baletmi- strzów, naturalistów, kopistów, żonglerów, dudziarzy, wesołków, szop- karzy, pośmieciuszków... zbałamucił gawiedź ukochaną doszczętnie. Spójrzmy tylko przelotnie na to, co się dzieje. Nikt już o nic oprzeć się nie może i przed niczym cofnąć niezdolny. Maszyny, przedmioty, całe lądy unoszą się w przestwory według ludzkiej rachuby niezawod- nej. Skłębione mgły ciemnoty na usychające mózgi walą się rzesz bezi- miennych. Kamienny obłęd mężów handel między niebem a ziemią za- garnął wymienny. Komety zaniechały swych lotów okrężnych i w bez- pańskim obwodzie nieprzytomnych marzeń na podgarniętych ogonach przysiadły. Myśl każda z garbem nonsensu między ludzi wchodzi i z nudą ladacznicą ohydnie się puszcza. W ostatnie gaje zadumy czere- dy pachołków zwycięskich się wdarły. Tuje, klony, modrzewie bez- czeszczą i trzebią. Niewiasty prawią nowenny za samców bezpłodnych i w nocnych skowytach zaspokajają swe chucie uwiędłe. Wykruszyła się siła z ziaren woniejących. Wydzielinami własnymi żywi się już każdy. Zwierzęta zczłowieczały powszednio. Jakościom wszelkim koniec na- 19 stał bezlitosny, ilościom rozmnożonym bezwstydnie wszechmoc jest dana poczynania... chytra. O! Ty, samotności moja! Na drabiniastym wozie czuwająca w cuch- nącym podwórku Cervantesowskiej oberży! 20 MIŁOŚNICA BYKÓW 21 Rozdział wtóry, z którego dowiemy się... o cichej rozpaczy, jaka zamieszkała w sercu Ewarysty od chwili, kiedy pry- sły jej złudzenia odnośnie do męstwa umiłowanego ongi Manuela i kiedy miej- sce pokonanego kochanka zajęło w dziewiczych rojeniach krwawe widmo zwy- cięskiego byka. Yetmeyer wraz z kelnerem Gouzdrezem odwiedzają dziewczy- nę, gnieżdżącą się dotychczas w przeznaczonej na dancing, donkiszockiej sa- dybie. Przebiegle, ujmująco opowiada jej pan Dawid, po co przybył do Toledo i jak zamierza zbawić ginący świat powojenny. Szczególnie silne wrażenie wy- wierają na Ewaryście wywody Yetmeyera o spoufalonej z wołami nad Rio de la Plata przeszłości jego i o „byczym” pochodzeniu olbrzymiej fortuny obecnego multimiliardera. Samopas żyjąca, niesamowita dziewczyna przyjmuje ostatecznie ofiarowaną jej godność primabaleriny w przedsięwzięciu Yetmeyerowskim i obowiązuje się wykonać taniec trzech uśmiechów, który ma ukoronować zbaw- czo-pantomimowe pomysły amerykańskiego przybysza. 23 Wybrnęli z kawiarnianej ciżby, w mrok się wcisnęli podwieczorny i wnet dostrzegli przyłap zgrzybiałej sadyby, podparty wysmukłym cie- niem Ewarysty. – Wyjdź! Pokłon oddać należy panu nowemu, który nam przybył! – oznajmił Jacinto. – Odkąd zaniechałam oglądania ludzkich twarzy, nabyłam prawo nieczynienia pokłonu nigdy przed nikim... – sypkim, rozmnażającym się szeptem odparła zaczepkę obcego pobliża, tkwiąc wpatrzeniem wy- niosłym w dali swej własnej. – Przybysz nabywcą jest waszego domu, a zostać ma z woli osobistej ludzkości całej zbawcą! – upominał kelner–pośrednik. – Jeśli dobrą bę- dziesz i uległą, pozwoli ci tutaj wraz z sobą pozostać. Zaczerwienił się żarliwy płomyk cygaretki w ustach Ewarysty i wid- mo twarzy kobiecej, przez chwilę zalotnie skrwawionej, ujawnił. Ujrzał Mr. Yetmeyer zlep czarnych włosów na czole, na uszach, szkliwo jasno- szarych, zolbrzymiałych oczu i ust sinych, wzgardliwych ścięcie zawzię- te. Lewa dłoń wsparta wyzywająco na lędźwi, prawe ramię ukryte w czarnej chuście, przysłaniającej niedbale łachmany wiśniowej sukien- ki pomalowanej w brudnożółte chwasty. Uwierzył konkurent Haveme- yera, iż odżyła przed nim „Agustina la gitana” z obrazu J. Zuloagi, a przeszkadza wiernemu wspomnieniu jedynie papieros ladacznicy, przy- lepiony do obwisłej, dolnej wargi. – Czy on jest zwierzęciem?... – spytała tonem nieprzerwanej zadumy. – Kto? – przeraził się Jacinto. – Nabywca i zbawca – wyjaśniła Ewarysta pośród kłębów dymu wy- pełniającego jej usta. – Bez wątpienia zwierzęciem – kwapił się z potwierdzeniem gość amerykański. – Wprawdzie posiadam wszelkie znamiona zupełnie ludz- kiego zjawiska, ale szczerze równocześnie pragnę mojego własnego i to okazowego zezwierzęcenia na tle spółczesnej ludzkości. Marzę wprost o tym, by stać się jakimś mamutem, ichtiosaurem czy nadpsem podwod- nym, którego szkielet wykopany po wiekach zaświadczy o fizycznych pod- stawach przeżywanej przez naszą spółczesność historycznej bezmyślno- 25 ści czy też, jeżeli wolisz, urodziwa córo Toleda, rozmyślnej bezhisto- ryczności. Poza tym wykazać się mogę ścisłymi związki z niezaprzeczo- nymi bydlętami nowego świata, czyli tak zwanej drogiej mej ojczyzny... – Zajmują mię jedynie wielkie, dzielne byki. – Otóż to właśnie – upewniał Amerykanin – wprost cudownie się składa, bo w tej dziedzinie, to znaczy wśród byków, poszczycić się mogę wspaniałą organizacją i niezwykłymi wprost wynikami, jakie dzięki niej osiągnąłem. Od wieków, o ile mi wiadomo, zajmuje się ród mój wypa- saniem trzód byczych nad Rio de la Plata. Już dziad, a szczególnie mój rodzic słynęli jako królowie wołopasów. Mnie przypadł zaszczyt w udziale zorganizowania wielkiej rzeźni i eksportu mięsa wołowego poprzez oce- any do krajów Europy. Sława mrożonego mięsa argentyńskiego została ustalona, a wielki dom handlowy Yetmeyer et Comp., naturalnie z cen- tralą w New Yorku, zdobył w krótkim czasie miliardowe podstawy wie- czystego trwania. Dzięki moim bykom zdołałem wywołać przewrotowe zmiany na międzynarodowym rynku mięsiwa, a skutki przeobrażeń go- spodarczych sięgnęły tak głęboko w podłoże życia społecznego, że nie- uchronne niedbalstwo europejskich władz komunalnych przy odbiorze moich dostaw spowodowało poważne rozruchy uliczne w tak wybit- nych skupieniach wielkomiejskich, jak Londyn, Glasgow, Marsylia, Barcelona, Lizbona, Hamburg i Triest. – A więc mordercą byków jesteś, nie ich przyjacielem! – syknęła donna Ewarysta. – Byków dobrodziejem! W rzeźniach moich zastosowano wypróbo- waną, najłagodniejszą formę zagłady: prąd elektryczny, od którego do- tknięcia giną zwierzęta niespodzianie, bez cierpień, nawet bez nerwo- wych wstrząsów. Konają lekko, błyskawicznie, ze starannie zakopconą świadomością i z miłym zdziwieniem w rozszerzonych ślepiach. Nie sły- chać nigdy żadnych ryków czy skowytów, nie widać żadnych szamotań desperackich. Prowadzi się zaś bydlęta na śmierć dopiero wówczas, kie- dy dojrzeją do sprzątnięcia z terenu hodowli. W ten sposób, to jest umie- rając wyłącznie dojrzałą śmiercią, osiągają byki moje najwyższy stopień szczęśliwości tuziemskiej, stopień żadnemu człowieczemu istnieniu nie- dostępny. Do samej bezbolesnej chwili rozstania się z padołem pastwiska pędzą żywot bujny i dostatni, skąpane powodzią słońca, zanurzane w wonnych zielskach pampasów wśród bukolicznych igraszek z fachowo wyszkolonymi pastuchami i moralnie odpowiedzialnymi, wiernie poszcze- kującymi kundlami. Nigdy nikt na rzecz śmierci nie może osiągnąć takiej pełni życia, jak ja ją dla byków zdołałem uzyskać. Obecnie zamierzam właśnie to samo uczynić dla ludzi i po to tylko do was tu przyszedłem. 26 – Ja kocham byka... – upierała się chmurna Ewarysta. – Łatwo wyobrazić sobie, że senor Dawid jest bykiem. Trzeba zale- dwie przyjrzeć się mu bliżej, a niewątpliwie odnajdzie się sporo podo- bieństwa – pośredniczył dobrotliwy Gouzdrez. – Boksuję się świetnie i znam uderzenia, do których wykonania nie- zbędna jest postawa byka atakującego na rogi – zapewniał cudak za- morski, zawzięty w umizgach. Zbliżała się ku niemu z ociąganiem chytrym, ale nie przysłaniała już przynajmniej misternie rzeźbionego lica. – A jak ci na imię? – zagadnęła znienacka. – Dawid, który pokonał Goliata... Cisnęła ogarek papierosa tuż pod stopy przybysza, szybko ku niemu podeszła i nachyliwszy się nad natrętnym zjawiskiem, oburącz łeb jego ujęła. Wpatrzona w przekrwione, rozlane policzki, orzekła: – Jest coś bydlęcego w tobie, zaprzeczyć nie można. Może rzeczywi- ście z czasem byka mojego wspomnienie złagodzisz bolesne... – Ależ wyrobię się z czasem, wyrobię z pewnością! – Muszę jednak wiedzieć jeszcze, zanim do Posada cię wpuszczę, czy jesteś religijny i czy nie zbywa ci na odwadze, bo nawet prawdziwe byki bywają tak samo tchórzliwe, jak i bezbożne. – Znam niemal wszystkie systemy religijne świata i chętnie wyznam donnie tak światłej, jak ty, Ewarysto, że przy najściślejszym badaniu dotychczasowych moich życiowych postępków ani jednego dotąd nie znalazłem, dla którego nie istniałoby pełne usprawiedliwienie w tym lub owym systemie. Osobiście obowiązuje mię obrządek na razie jesz- cze tajny. Jemu to zawdzięczam tę nienaganność wszelkich mych odru- chów, tę wszechreligijność mojej postawy, jakkolwiek zaprzeczyć trud- no, iż główną rolę pod tym względem odgrywają niewyczerpane me środ- ki pieniężne. Bogaci ludzie, chcąc nie chcąc i na każdy sposób, niemal zawsze są religijni. – Ludzie, którzy tak wiele, jak ty, posiadają, nie mogą być odważni, trapi ich bowiem lęk przed przemocą lub utratą własności. – Niechaj nie szydzi panna Ewarysta, bo zaraz dowiodę, iż obce mi być musi wszelkie uczucie trwogi. Wspomniałem już o religii własnej, a teraz dodam, iż przy waszej pomocy, to znaczy pani, Jacinta i kilku innych osobników, zamierzam mój system rozpowszechnić gwoli zaszcze- pienia szczęśliwości doczesnej wśród rzeszy szerokiej ludzi teraźniejszych. Proszę, pokaż mi równego śmiałka! – bronił się Yetmeyer zawzięcie. – Wszystko rozumiem, co mówisz, a jednak nad niczym nie chce mi się zastanawiać. Obawiam się, że zdołasz znudzić mię prędko ględze- 27 niem o twej niby–to–byczości. Byk jest albo go nie ma. To się widzi od pierwszej chwili. Byk jest gwałt, ryk, wesele, zwycięstwo, krew, śmierć. To się czuje od pierwszego wejrzenia. – Dziewczyno, cierpliwości! Czy wiesz ty o tym, że za kilka tygodni tu, w tym miejscu, gdzie się obecnie kłócimy, powstanie najweselszy zakątek na świecie, do którego podążą zewsząd tłumy pielgrzymów spra- gnionych upojeń radosnych? Urządzimy we wnętrzu tego domu salę rozkoszy wymyślnych, a bajaderą uciech perlistych, za której pląsem podążą oczy i usta rozmodlonych widzów w głąb zbawczą trzech uśmie- chów, o pełni życia stanowiących, nikt inny, tylko ty będziesz, Ewary- sto! – Umiesz być zajmującym, gdy nie starasz się, by cię zrozumiano... – ożywiła się Ewarysta. – Żadnych nie ma niejasności – wtrącił zniecierpliwiony Jacinto. Prze- buduje się całą sadybę na dancing, wiesz, jak „Trocadero” na przykład, a pierwszą baletnicą z łaski senora Yetmeyera ty będziesz. – Ja mogę tę łaskę wam wszystkim wyświadczyć, bo bardzo lubię tańczyć. – Posiadam wielki zapas fikcji, które należy spożytkować gdzieś, kiedyś i jakoś. Sądzę, że potrafisz najgłębszą mą fikcję ujawnić ciała twego natchnieniem, stóp błyskawicą, ramion tęczą, oczu zorzą. Wyko- nasz układu mego: taniec trzech uśmiechów! Czy aby tylko jesteś jeszcze dziewicą, bo to bardzo ważne? – Głupstwo! Uspokój się, nudziarzu, jeszcze jestem panną, ale tyl- ko fizycznie nietkniętą. Sama chciałam tak dotąd, ale już znudziło i cięży nieco. – Zaklinam, racz cnotę przechować aż do głównego występu! – skom- lił Yetmeyer. – Dobrze, dobrze, byku! Kleiste są twoje słowa i wyciągają się bez końca. A ja tymczasem naga jestem i brudna. – Kostiumy zaraz jutro z Madrytu... – Nie chcę szmat kupnych. Sama mogłam sprawić sobie durne fata- łaszki. Skoro jednak pragniesz mieć dziewicę tańczącą dziwactwa, po- starać się musisz o strój również dziewiczo-dziwaczny. Nie nabędziesz go w żadnym magazynie codziennego szyku. Ale radzę ci, byczy sta- ruszku, pójdź nad toledańską rzekę i zabaw się w rybaka. Czy widziałeś już kiedy, mój grubasku, jak szary mętny Tajo płonie cały w podwiecze- rze na powierzchni? Rumieni się on od słońca umizgów i krwawozłote łuski niosą jego wody próżniacze. Nałapaj mi tych łusek, jak chcesz, byle dużo. Z łusek szata powstanie godna dziewicy gnającej w szale 28 zbawczym trzech uśmiechów. A teraz radzę ci oglądnąć sobie tańca mojego początek... Wspięła się na palce stóp, rozpostarła ramiona nad głową w zgięciu nabożnym i powierzywszy kibić chybotom rytmicznym, ruszyła w mroki nocy przedwczesnej. Zanurzyły się w ciszę dźwięki piosenki lizbońskiej, śpiewanej głosem zmarłym na beztroskę: „Me casé con un viejo por su monita...”1) Jesienne niebo obrzucało poczynanie Ewarysty błogosławieństwem gwiazd rzęsiście spadających. 1) Wyszłam za starca dla jego pieniążków (popularna piosenka portugalska). 29 AMERYKAŃSKIEGO PAMPUCHA1) BAŚNIAKI2) O WŁASNYCH ŚWIATACH, O WIEDZY WŁASNEJ, O OKRUCIEŃSTWIE I O KONSTRUKCJACH IDIOTÓW SPÓŁCZESNYCH.... 1) Potworny grubas. 2) Bajki, brednie. 31 Treść trzeciego rozdziału wypełnia całkowicie... list Yetmeyera, pisany w Toledo, a wystosowany do Havemeyera w New Yorku z wezwaniem, by konkurent przybywał bezzwłocznie do Hiszpanii, gdzie na terenie „Dancinga Przedśmiertnego” ma odegrać w pantomimie pod tytu- łem „Wesele hrabiego Orgaza” rolę głównego bohatera. Baletowe to miste- rium będzie stanowić najwyższe wcielenie i objawienie działalności Yetme- yera, zmierzające do uratowania Europy przed zanikiem uczuć religijnych oraz przed rozpadnięciem się w bezhistorycznej i niekulturalnej próżni. Pomysł do skomponowania tej pantomimy zaczerpnął Amerykanin ze sławnego obrazu El Greca „Pogrzeb hrabiego Orgaza”. Przypadek zrządził, że Havemeyer żywo przypomina portretową postać conde Orgaza. Stąd też uważa Yetmeyer, że jego rzekomy przeciwnik nowojorski jest mu do wykonania baletowej kompo- zycji niezbędny. Powodzenie pantomimy może być jednak dopiero wówczas zupełne, kie- dy maska Havemeyera przybierze podobnie święty wyraz, jak ten, który na obrazie El Greca zdobi oblicze Orgaza. W tym celu konieczne jest, by Have- meyer wyzbył się dotychczasowych swych właściwości psychicznych, by ponie- chał pasji kolekcjonerskiej i do myślenia swego, opartego na sceptycyzmie oraz materializmie, wprowadził metafizyczne pierwiastki wiary w Boga oraz w ko- smiczne przeznaczenie człowieka na ziemi. Taką bowiem, według legendy, miała być dusza świątobliwego rycerza Orgaza. Roztacza więc pan Dawid przed niedoszłym a pożądanym przyjacielem czy wspólnikiem cały swój dziwaczny, filozoficzny system, starając się go uza- sadnić lirycznymi i epicznymi dygresjami, jak dekalog, dzieje budownictwa napowietrznego, czyli konstrukcji myślowych, modlitwa idiotów spółczesnych oraz mecz bokserski między Prochrystem a Antychrystem. Gdyby jednak mia- ły zawieść próby nawrócenia, zapowiada Yetmeyer najwyraźniej zastosowanie wobec Havemeyera tortur, wzorowanych na okrutnej inkwizycji hiszpańskiej. W nadziei, że najłatwiej można będzie zwabić pięknego i rozkapryszonego konkurenta wizją ponętnej, niesamowitej kobiety, obiecuje Yetmeyer Have- meyerowi, że odda mu na własność cudną Ewarystę, ale dopiero po odegraniu pantomimy. 33 Na przyśpieszonym statku linii White Star, wypływającym w paź- dziernikową szarugę z Southampton do New Yorku, szeleściła w wor- ku pocztowym następująca epistoła: Toledo, Posada de la Sangre Europa, Hiszpania 13. października 1921 r. Dear Mr. Havemeyer! Oby nagłówek, jakim zaopatruję pisanie, utrwalić zdołał Pana w przekonaniu, jak niezmienny żywię dla niego szacunek, którego źró- dło tkwi w stałej mej ku Jego osobie niechęci. Ponieważ właśnie nade- szła chwila, kiedy załatwiony być może spór sąsiedzki, a to dzięki mym wytężonym zabiegom i staraniom, pozywam Pana do Europy na walną rozprawę, w której rozstrzygnie się dola dalszej naszej konkurencji. Nie zdziwi Pana zapewne troskliwość moja o podtrzymanie, względ- nie rozegranie działających między nami przeciwności, gdyż – jak sądzę – podziela On zapatrywanie, iż tak zwana konkurencja jest jedyną, a stąd najbardziej zajmującą i wartościową formą ustosunkowania się umysłów, umiejących należycie hodować przyrodnicze przekazania dra- pieżności międzyludzkich. Już samo wezwanie moje wskazuje, że znalazłem tu, w Hiszpanii, teren niezwykle sprzyjający przeprowadzeniu tych zamierzeń, które przy- czynią się do postępowego uwyraźnienia, zobrazowania, uruchomienia, no i w końcu, jeśli nie zawiodą mię wszelkie rachuby, do ucieleśnienia stworzonej przeze mnie, również w dziesięciorgu przykazań ujętej, reli- gii spółczesnego, zabawnego człowieka. Dla ścisłości ponownie stwierdzam, co miałem zresztą zaszczyt nie- jednokrotnie już w rozlicznych naszych dyskursach zaznaczyć, że z grun- tu fałszywe i pozbawione przyzwoitych cech indywidualności żywotnej jest Pańskie przekonanie o tak zwanej konieczności posiadania tak zwa- nego poglądu na świat. Uzyskuje Pan ten nieszczęsny pogląd przez wy- 35 kreślenie w wyobraźni dziwoląga geometrycznego, którego kształt sta- nowi wypadkową powstającą z połączenia punktów końcowych, jakie w danej chwili rozwojowe linie w poszczególnych dziedzinach oficjalnej wiedzy zdołały osiągnąć. Zawdzięcza się kształt poglądu po prostu lek- turze sumiennej przyzwoitych, poznawczych elukubracji. Pogląd jest naturalnym wynikiem higienicznego wietrzenia komórek mózgowych, legalnym produktem kształcącego się dla zarobku i dorobku belferstwa, nagrodą za pilność dla ocalającej się tępoty. Gdzie może tu być mowa o wykorzystaniu najcenniejszych myślenia motywów: dziwa i zabawy, które stanowią twórczości najistotniejszą podnietę i ujawniają myśli uro- dę w obiekcie poznania? Nie masz na solidnym terenie poglądów dla nich miejsca... W uwięzi poglądu trzepoce się każda myśl twórcza, jak eksperymen- talne stworzonko w klatce laboratoryjnej, a cała bujność myślenia więd- nie od wytężonego czuwania, czy aby też przypadkiem, gdzieś jakoś, z którejś strony, nie należało przeprowadzić poprawy stosownie do zmie- niających się wyników wiedzy. Pogląd zaspokaja również najniepotrzeb- niej, szkodliwy skądinąd, instynkt ludzki posiadania czegoś w rodzaju umysłowych nieruchomości, soki zaś żywotne myślenia odprowadza z dróg twórczych na wądoły, wśród których wałęsają się małowartościowe wysił- ki: kontrolne i reparacyjne. Ciągły niepokój, nieustanna łatanina, zawzięte nabywanie z jedyną możliwą gwarancją: straty! A ta nudna powaga, z jaką posiadacze na–świat–poglądów każdy objaw życia chwytają, by go dla swego szablonu ołuskać, opiłować, zdenaturować, przerafinować! Tylko dzięki zdobytemu (używam pańskiej terminologii) na–świat–poglądowi pastwi się Pan nad tysiącami nagromadzonych dzieł sztuki celem ich za- twierdzenia, skatalogizowania, skategoryzowania, sklasyfikowania, wpi- sania, opisania, zapisania, ponumerowania, zrestaurowania i... powiesze- nia. Pod wpływem tych poglądów porywają się ludzie na ogromne poczy- nania życiowe, które są jałowe, wzbudzają w sobie namiętności, które są bezpłodne. Pańskie kolekcjonerstwo, Pańskie galerie! Cóż innego, jak nie próba poróżnienia epok w pozostałości bogatych z epoką, której nic uchwytnego nie pozostało, prócz ubóstwa? Czyż nie zasługuje na napięt- nowanie tego rodzaju działalność wyraźnie antyhistoryczna? Historią bowiem nie jest układanie wiecznych śladów życia według dowolnej ludz- kiej projekcji, lecz odnajdywanie śladem śladów wielkiego życia zawrot- nej konstrukcji. Rembrandt, Corot czy Picasso w mieszczańskiej bawialni, w zapleśniałej sali rycerskiej, w zatęchłym klasztornym krużganku, w an- tykwariatu każdego lichwiarni dziełem jest sztuki i świadkiem historii, w Twoim zaś newyorskim cwingerze, luwrze czy el-prado potworną, nie- 36 udolną, tysiąckrotną, zawsze bezowocną i nudnie kosztowną próbą: sztucz- nej historii i historycznej sztuki!! Masz Pan niezliczone miliardy, gdyż nie darmo każde wieko trumny potrzebuje gwoździ, nie darmo każdy warkocz kobiecy, każdy barwny motyl, każde zwiewne wspomnienie muszą być utwierdzone przy pomo- cy szpilki. Gwoździli i naszpilali ludzkość od stu lat przeszło przodkowie Pańscy, przyjaciele zresztą moich wołopasów–przodków. Dziś Pan, tak samo jak i ja, przygniecion jest ciężarem miliardów. Kupił Pan sobie este- tyczny na świat pogląd i uwięzić w nim zamierza, o ile się uda, wszystkie arcydzieła historii. Więc przeciwstawiam się Panu i bez wszelkich kupiec- kich sztuczek czy podjazdów wołam upomnienie: Rozbij na miał ten marny gipsowy odlew obcej, akademickiej erudycji, ten zakalec tęsknoty two- rzącej, wyrzuć przez okno różowego pałacu ten wymozolowany na–świat– pogląd i sam sobie swój świat własny zdobądź, życiem tętniący, krwią ocie- kający, z własnym powietrzem, słońcem własnym i z księżycami, i z czło- wiekiem, tak, z człowiekiem samotnym! Uwolnij z więzienia twojego wszystkie arcydzieła i sam stwórz arcydzieło, jakiego nie było nigdy ni- gdzie jeszcze lub też, jeśli zbywa Ci na siłach, stań się żywym uczestni- kiem cudzego tworzywa. Wielkim głosem wołam: Havemeyer, obudź się do życia, które nie może i nie powinno być przeciwieństwem dobrej śmier- ci, Havemeyer, nie umieraj – źle sprzeciwiając się życiu! Pragnąłbym wszelką wykluczyć niejasność: nie do twórczości wzy- wam Pana, jeszcze raz nie do twórczości, przeciwstawiam jedynie od- twórczej organizacji umysłu Jego możliwość twórczego mózgu choćby bez twórczości. Zanim w wywodach moich posunę się o krok naprzód, pozwoli Pan, bym się nieco wstecz cofnął i raz wreszcie przy sposobności mój deka- log spisał, recytowany dotąd bezładnie, okazyjnie, w strzępach. Ogła- szam dla porozumiewawczego użytku, a więc poufnie, jako manuskrypt, z zastrzeżeniem pełnych praw autorskich. Jest to właściwie wyznanie wiary, według której żyję, bez gróźb, kar czy nakazów, jak i bez prak- tycznych objaśnień. Opiewa więc: DEKALOG I. W jakimkolwiek bądź kierunku najostrzejsza myśl ludzka podąży, zawsze i wszędzie natrafi na ostateczną, nierozwiązalną istnienia wszyst- kiego przyczynę, która przejawia się stale jako ruch. Stąd też nazwano 37 ruch życia wszelkiego początkiem i stąd też jest on widoczną, wszech- mocną, pospolitą bytu tajemnicą. II. Zrozumienie tej tajemnicy jest dostępne jedynie istotom pozbawio- nym zdolności ujawniania swych funkcji umysłowych, a więc mózgom nie rozporządzającym twórczą, przekonywującą wymową. Zwierzęta zatem, które są rozmowne a niewymowne, posiadają niewątpliwie tę tajemnicę. Osiągnięcie jej dla umysłu człowieka rozwiniętego równało- by się paraliżowi jego tkanek mózgowych. Tajemnica ta jest więc przyrodniczo zabezpieczona przed naczelny- mi właściwościami ludzkiego myślenia: przed wścibstwem, niedołęstwem i niedyskrecją. III. Dążność do odsłonięcia tajemnicy bytu, jako zgubna dla sprawności mózgowej, doprowadzić może człowieka z powrotem do zwierzęcia. IV. Wszelkie religie świata są mądre i cenne, jako że osłaniają i osła- dzają ludziom nietwórczym tajemnicę powstania wszechrzeczy. V. Każdy człowiek twórczy posiada swoją własną religię opartą na mi- steriach samodzielnego myślenia. Obrządek ten sam z siebie życie stwa- rza i sam nawołuje do śmierci. Wiernych ma niewielu, jako że nieliczni są twórcy uprawiający wytwórczość pastewną. Wyznanie to nosi miano: religia szczęśliwości doczesnej. VI. Najgorszym złem dla człowieka religijnie szczęśliwego jest śmierć przedwczesna. Unikać tego nieszczęścia można częściowo przez nasyca- nie własną treścią myślową każdego oddechu w każdej przestrzeni i przez zapełnianie nią każdej czasu szczeliny w każdej sekundzie. Dla- tego też największe awantury i brewerie dokazywane celem osiągnięcia życia pełni zasługują na miano świątobliwego żywota, który tylko w ten sposób stać się może, czym wyłącznie być powinien, a mianowicie: doj- rzewaniem do śmierci. 38
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Wesele Hrabiego Orgaza.
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: