Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00424 007054 19968123 na godz. na dobę w sumie
Mężczyzna zmiennym jest - ebook/pdf
Mężczyzna zmiennym jest - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 219
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62041-06-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Mężczyzna zmiennym jest” — „Inny” nie znaczy „gorszy”. Czym jest normalność? Czy można bezkarnie przekraczać reguły ustanowione przez społeczeństwo? Kto decyduje o tym, jak mamy się zachowywać – my sami, czy też osoby postronne, dla których miarą „właściwego” zachowania jest wyłącznie sposób postrzegania świata? Na te pytania nie ma jednej poprawnej odpowiedzi. Pewne jest jedynie to, że wielu z nas, by nie zostać odrzuconymi, odsuniętymi poza nawias, drżąc w duchu, by ludzie nie odkryli naszej wielkiej tajemnicy. Do tematu poszanowania odrębności ludzkiej z jej upodobaniami i odmiennością od powszechnie ustalonych norm w niezwykły sposób podszedł Maciej Raniszewski. Jego książka „Mężczyzna zmiennym jest” to nie tyle kontrowersyjna, co refleksyjna opowieść o odkrywaniu swojej prawdziwej natury i przełamywaniu stereotypów. Bohaterem jest szesnastoletni Andrzej Niekonieczny. Tak jak inne nastolatki, przeżywa on klasówki, niesprawiedliwość nauczycieli, fascynację płcią piękną i pierwsze seksualne eksperymenty. Andrzej jednak różni się od przeciętnego rówieśnika tym, że skrywa ogromną tajemnicę. Jest mianowicie fetyszystą, a najbardziej na świecie podnieca go chodzenie w… damskich szpilkach. Mimo, iż w swoim zachowaniu nasz bohater nie jest agresywny, nikogo nie atakuje, nie zaczepia, to już sam fakt odrębności i przełamania ograniczeń sprawia, że większość społeczeństwa (z rodzicami na czele), nie akceptuje jego upodobań. Być może małe miasteczko, jakim są Pobroty, jest zbyt ciasne dla Andrzeja, chociaż sytuacja powtórzyłaby się pewnie nawet w stolicy. Andrzej, z jego otwartym manifestowaniem poglądów i zainteresowań kobiecym obuwiem, wychodzi poza sztywno przyjęte ramy.

Maciej Raniszewski — urodzony w 1983 r. w Kołobrzegu. Student informatyki, programista. W wolnych chwilach rozwiązuje problemy matematyczne bądź pisze opowiadania, będące zazwyczaj absurdalnymi komediami. Preferuje literaturę science fiction. Jego ulubioną książką jest Autostopem przez Galaktykę Douglasa Adamsa.Indywidualista, samotnik z pasji i powołania. Skromny, małomówny, według znajomych posiada specyficzne poczucie humoru.

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

©Copyrights to: Wirtualne Wydawnictwo „Goneta” Aneta Gonera www.goneta.net ul. Archiwalna 9 m 45, 02-103 Warszawa Okładka: Maciej Raniszewski © rmaciej1983@o2.pl ISBN: 978-83-62041-06-0 Wydanie I Warszawa, pa(cid:296)dziernik 2009 2 Tytuł Rozdział 1. Rozdział 2. Rozdział 3. Rozdział 4. Rozdział 5. Rozdział 6. Rozdział 7. Rozdział 8. Rozdział 9. Rozdział 10. Rozdział 11. Rozdział 12. Rozdział 13. Rozdział 14. Rozdział 15. Rozdział 16. Rozdział 17. Rozdział 18. Rozdział 19. Rozdział 20. Rozdział 21. Rozdział 22. Rozdział 23. Rozdział 24. Rozdział 25. Rozdział 26. Rozdział 27. Rozdział 28. Rozdział 29. Notka o autorze L.p. 1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. 9. 10. 11. 12. 13. 14. 15. 16. 17. 18. 19. 20. 21. 22. 23. 24. 25. 26. 27. 28. 29. 30. SPIS TRE(cid:285)CI nr strony 4 17 30 34 39 45 51 58 65 69 78 82 98 104 109 120 126 134 142 146 151 157 168 176 184 191 197 202 214 219 3 Rozdział 1. W klasie panował wyj(cid:261)tkowy spokój. Na lekcjach matematyki było to co(cid:286) niepoj(cid:266)tego, gdy(cid:298) młoda, łagodna, niedo(cid:286)wiadczona nauczycielka nie potrafiła wprowadzić odpowiedniej dyscypliny. — Kolejne zadanie — o(cid:286)wiadczyła swym słodkim, prawie (cid:286)piewaj(cid:261)cym głosem. — Kto mi udowodni, (cid:298)e koło jest okr(cid:261)głe? Andrzej, prze(cid:286)wiadczony, (cid:298)e zna odpowied(cid:296), nie wahał si(cid:266) ani sekundy. Wystrzelił praw(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) w gór(cid:266) jak z katapulty. Pani Ulecka od razu wyłapała k(cid:261)tem oka ten gest, a (cid:298)e nikt inny nie był na tyle odwa(cid:298)ny, poprosiła go do tablicy. Podszedł niepewnie, lecz dokładnie wiedział, co ma powiedzieć. — Otó(cid:298) — rozpocz(cid:261)ł, gdy jego sweter prawie wycierał tablic(cid:266) — mo(cid:298)na rozwa(cid:298)yć hipotez(cid:266): prawd(cid:261) jest, (cid:298)e koło nie jest nieokr(cid:261)głe. — Tak. Dobrze kombinujesz. Nauczycielka postawiła przy jego nazwisku poziom(cid:261) kresk(cid:266), która, jak mniemał, za chwil(cid:266) miała zamienić si(cid:266) w znak „+”. — Z logiki wiemy, (cid:298)e podwójne zaprzeczenie daje prawd(cid:266) — ci(cid:261)gn(cid:261)ł dalej pewny swego. — Figury, które s(cid:261) nieokr(cid:261)głe... — tu nagle urwał jakby stracił pami(cid:266)ć. — No dalej — zach(cid:266)cała Ulecka. Pobladł. Zorientował si(cid:266), (cid:298)e gdzie(cid:286) w jego rozumowaniu była luka. Bezmy(cid:286)lny gadzie! Co r(cid:266)k(cid:266) stawia ponad kontemplacj(cid:266). Za pó(cid:296)no. Ju(cid:298) nie ma odwrotu. Jak z tego wybrn(cid:261)ć? Klasa czekała z zapartym tchem. Andrzej tak(cid:298)e czekał. Na alarm po(cid:298)arowy, na trz(cid:266)sienie ziemi... Na cokolwiek. Po raz pierwszy w (cid:298)yciu usłyszał odgłos tykania (cid:286)ciennego zegara w tej sali, który naraz stał si(cid:266) 4 tak wyra(cid:296)ny, (cid:298)e miał ochot(cid:266) zatkać uszy. Gdzie(cid:286) w pot(cid:266)(cid:298)nym huku tykania dało si(cid:266) słyszeć cykliczne nawoływanie nauczycielki: — Daleeej... Daleeej... Poczuł wypieki na twarzy. Odniósł wra(cid:298)enie, (cid:298)e momentalnie zrobiło si(cid:266) gor(cid:261)co jak w piekle. Rozejrzał si(cid:266) wokół z czołem mokrym od zimnego potu. Wszystko było spowolnione, przyciemnione, przytłumione. Miał wra(cid:298)enie, (cid:298)e patrzy na otoczenie przez tunel. Nagle my(cid:286)li stan(cid:266)ły mu d(cid:266)ba. Najgorszy koszmar. Nauczycielka z min(cid:261) i niezadowolenia, bez po(cid:286)piechu odrywała długopis od dziennika, pozostawiaj(cid:261)c znak „-”. Miała nadziej(cid:266) na cud. lecz chłopak był w stanie wykrzyczeć jedynie swoje nieporadne: rozczarowania — Nieeee! Chciał si(cid:266) rzucić do tego dziennika. To bez sensu. My(cid:286)lał, (cid:298)e zapadnie si(cid:266) pod ziemi(cid:266) ze wstydu. „Ale dałem ciała” — stukał w wyobra(cid:296)ni głow(cid:261) o beton. Zgłosił si(cid:266) do zadania na ochotnika, a wróci na miejsce z minusem. Wszyscy jego koledzy parskn(cid:266)li (cid:286)miechem. — Pajac! — krzyczeli co niektórzy. Andrzej skoczył przera(cid:298)ony i … nagle zorientował si(cid:266), (cid:298)e wcale nie był w klasie. — To tylko sen. — Odetchn(cid:261)ł z ulg(cid:261), przecieraj(cid:261)c pot, który okazał si(cid:266) prawdziwy. Za oknem dogorywała noc. Smugi (cid:286)wiateł ulicznych latarni wisiały we mgle. Krajobraz wygl(cid:261)dał jak martwy. Nieliczne drzewa stały z nagimi koronami. (cid:297)adnego człowieka. Niewielki parking ledwo pomie(cid:286)cił kilkadziesi(cid:261)t aut pokrytych grub(cid:261) warstw(cid:261) szronu . Dalsze spanie nie miało ju(cid:298) sensu. Za dziesi(cid:266)ć minut budzik odegra swoj(cid:261) melodi(cid:266). Andrzej wstał, ubrał si(cid:266) w byle co, zrobił porann(cid:261) toalet(cid:266) i zjadł (cid:286)niadanie. Był ju(cid:298) gotowy do wyj(cid:286)cia, lecz miał jeszcze troch(cid:266) czasu. Postanowił wi(cid:266)c wypełnić kolejn(cid:261) kartk(cid:266) swojego pami(cid:266)tnika: 5 „19 listopada 1998 r. Czwartek Dlaczego ci(cid:261)gle do tego wracam? Przecie(cid:298) wiem, (cid:298)e było to zdarzenie zupełnie nieistotne i najpewniej Stefan dawno ju(cid:298) o tym zapomniał. A jednak to wspomnienie ci(cid:261)gle trzyma si(cid:266) kurczowo moich my(cid:286)li. Tak nie mo(cid:298)e być! Trzeba si(cid:266) uspokoić, wyluzować, wzi(cid:261)ć gł(cid:266)boki oddech. Ile(cid:298) mo(cid:298)na? Musz(cid:266) w ko(cid:276)cu wrócić do dnia dzisiejszego, bo mam coraz wi(cid:266)ksze zaległo(cid:286)ci. Nie byłem z Kry(cid:286)k(cid:261) w kinie, nie wypo(cid:298)yczyłem ksi(cid:261)(cid:298)ki... Nic tylko trac(cid:266) czas. Naprawd(cid:266) miałem pecha, (cid:298)eby usi(cid:261)(cid:286)ć na krze(cid:286)le w tak niefortunnej pozycji. A Stefan oczywi(cid:286)cie musiał to zauwa(cid:298)yć. Tak prze(cid:286)miewczo mnie na(cid:286)ladował... Czy rzeczywi(cid:286)cie tak to wygl(cid:261)dało? Czy pomy(cid:286)lał, (cid:298)e jestem... zniewie(cid:286)ciały? Przecie(cid:298) znam Stefana nie od dzi(cid:286). On si(cid:266) lubi wygłupiać, robić sobie (cid:298)arty z ludzi. Zwłaszcza tych powa(cid:298)nych. Jest jak wyrok (cid:286)mierci — mo(cid:298)e przydarzyć si(cid:266) ka(cid:298)demu. I ta jego dzieci(cid:266)ca, wiecznie u(cid:286)miechni(cid:266)ta bu(cid:296)ka. Do tego ten blond irokezik. On chyba nigdy nie bywa powa(cid:298)ny. Dla niego był to niew(cid:261)tpliwie po prostu kolejny głupi (cid:298)art. Najgorsze, (cid:298)e wszystko widziała Jolka. (cid:285)miała si(cid:266). Dotychczas nie wiedziała o moim istnieniu. Odt(cid:261)d b(cid:266)dzie pami(cid:266)tała mnie przez pryzmat tamtej chwili. Jak teraz do niej podej(cid:286)ć? Na pewno sam mój widok zwali j(cid:261) na podłog(cid:266) ze (cid:286)miechu”. Dr(cid:261)(cid:298)(cid:261)c piórem swoje przemy(cid:286)lenia na temat Stefana, spojrzał ukradkiem na wskazówki na(cid:286)ciennego zegara. — Dziewi(cid:261)ta?! — zerwał si(cid:266) na równe nogi. 6 Migiem zało(cid:298)ył kurtk(cid:266) i buty. Pochwycił w locie plecak. Wybiegł. Miał szcz(cid:266)(cid:286)cie, gdy(cid:298) na przystanek akurat podje(cid:298)d(cid:298)ał autobus. Rozlokował si(cid:266) w autobusie wygodnie. Sykn(cid:266)ły drzwi, szarpn(cid:266)ło, pojazd porz(cid:261)dnie zaterkotał, po czym troch(cid:266) ucichł i przeszedł w ci(cid:261)głe słabe wibrowanie. Andrzej wyjrzał na wstaj(cid:261)ce do (cid:298)ycia Pobroty. Za oknem przemykał krajobraz kolorowych budynków. Lampy ju(cid:298) przygasły, mgła opadła. Miasto uton(cid:266)ło w słonecznym (cid:286)wietle. Ruch był wzmo(cid:298)ony, lecz nie miał znamion po(cid:286)piechu. Ludzie byli pochłoni(cid:266)ci przeró(cid:298)nymi zaj(cid:266)ciami — jedni stali na chodniku i gaw(cid:266)dzili, inni szli gdzie(cid:286) pewnym krokiem. Kto(cid:286) czytał ksi(cid:261)(cid:298)k(cid:266), wyleguj(cid:261)c si(cid:266) na ławce w pobliskim parku. Jaki(cid:286) starzec na placu przed ratuszem rzucał wróblom okruchy. Idealnie komponował si(cid:266) z tym krajobrazem młody m(cid:266)(cid:298)czyzna w ciemnych okularach, ze słuchawkami w uszach, który szybko przemierzał ulic(cid:266) tanecznym krokiem. Był on wła(cid:286)nie jednym z tych elementów, które pomagały budować atmosfer(cid:266) wewn(cid:266)trznego spokoju tego(cid:298) miasta. I jeszcze te pi(cid:266)knie wyremontowane drogi, ró(cid:298)nokolorowo odmalowane budynki, mnóstwo parków, niedawno odbudowane Stare Miasto. Tylko nakre(cid:286)lone sprayem bohomazy, schowane w labiryncie zwartej zabudowy blokowisk sprowadzały człowieka do szarej rzeczywisto(cid:286)ci. W autobusie nie było zbyt du(cid:298)ego tłoku, a współpasa(cid:298)erowie wzbudzali w Andrzeju zaufanie. Jaka(cid:286) młoda kobieta robiła (cid:286)mieszne miny do dziecka w wózku. Dalej siedziało stare mał(cid:298)e(cid:276)stwo, a za nimi brodaty m(cid:266)(cid:298)czyzna o szlachetnie pobru(cid:298)d(cid:298)onej i du(cid:298)ych, u(cid:286)miechni(cid:266)tych oczach. Wygl(cid:261)dał zupełnie jak Osama Bin Laden. twarzy Z przystanku, na którym Andrzej wysiadł, widać było kanciaste fragmenty rdzawoczerwonego s(cid:266)dziwego budynku. Był to wła(cid:286)nie cel jego podró(cid:298)y — szkoła (cid:286)rednia numer dziesi(cid:266)ć imienia Stefana Banacha. Liceum to miało na swoim koncie wiele osi(cid:261)gni(cid:266)ć i wypu(cid:286)ciło spod swych skrzydeł mnóstwo mi(cid:266)dzynarodowych znakomito(cid:286)ci (ot, choćby tych 7 studentów, którzy stworzyli program WC Kamera — rewelacyjne reality show, gdzie gwiazdy pokazywały ludzkie po(cid:286)ladki). Na pierwszym pi(cid:266)trze urz(cid:261)dzono gablotk(cid:266) z rozmaitymi trofeami zdobytymi przez uczniów oraz absolwentów tej(cid:298)e placówki. Krótko mówi(cid:261)c — było podobno jedn(cid:261) z najlepszych szkół (cid:286)rednich w mie(cid:286)cie. Do tego powiadano, (cid:298)e panowała tutaj lu(cid:296)na atmosfera. Starano si(cid:266) nie ograniczać inwencji twórczej uczniów wyra(cid:298)anej poprzez ubiór. Dziewczyny niejednokrotnie prezentowały do(cid:286)ć nienaturalne barwy twarzy. Nosiły równie(cid:298) przykrótkie koszulki, kurtki i wszystko inne, co mogło być przykrótkie. Jednak po mie(cid:286)cie kr(cid:261)(cid:298)yły plotki, (cid:298)e na szkolnych korytarzach mo(cid:298)na spotkać handlarza narkotyków, co nawet znalazło swoje uzasadnienie po gło(cid:286)nej sprawie aresztowania czworga uczniów klasy czwartej za posiadanie marihuany. Mimo wszystko wiekowa placówka dumnie utrzymywała si(cid:266) w pierwszej pi(cid:261)tce. Andrzej, ze swoj(cid:261) (cid:286)redni(cid:261) trzy zero i wiedz(cid:261) natury wyrywkowej, był mile zaskoczony, kiedy po napisaniu egzaminu wst(cid:266)pnego okazało si(cid:266), (cid:298)e wystarczy mu punktów. Miał głow(cid:266) do matematyki. To wszystko. Pozostałe dziedziny wiedzy przyswajał z oporem. Fizyk(cid:266) jako(cid:286) znosił. Te ciekawe do(cid:286)wiadczenia, tajemnicze maszyny... Ta próba zrozumienia (cid:286)wiata za pomoc(cid:261) I najwa(cid:298)niejsze: informatyka. Ju(cid:298) wiedział, (cid:298)e w przyszło(cid:286)ci b(cid:266)dzie programist(cid:261). Wybrał profil matematyczno-fizyczny. W sam raz, prawda? Lecz i tak nie wymigał si(cid:266) od humanistyki. Ten nieszcz(cid:266)sny j(cid:266)zyk polski. Ta (cid:286)miertelnie nudna historia, z której niewiele rozumiał i jeszcze mniej wiedział. Wszystkie zmory ze szkoły podstawowej znalazły swój ci(cid:261)g dalszy w liceum. Ach... Marzył ju(cid:298) o studiach. O mo(cid:298)liwo(cid:286)ci dokonania liczb. wyboru. Jego szkoła. 8 Do budynku prowadziły skromne, zwyczajne drzwi. Aczkolwiek główne wej(cid:286)cie było poprzedzone schodami i schowane za dwiema masywnymi kolumnami. Poprzez swoj(cid:261) obecno(cid:286)ć chciały najpewniej zaznaczyć: „Oto d(cid:296)wigamy powa(cid:298)n(cid:261), dostojn(cid:261) konstrukcj(cid:266), pełn(cid:261) architektonicznego ponuractwa, w której wn(cid:266)trzu dziej(cid:261) si(cid:266) równie powa(cid:298)ne i ponure rzeczy”. Andrzej wierzył tym kolumnom od samego pocz(cid:261)tku. Ale co zrobić? Matur(cid:266) trzeba mieć. *** Wieczorem przyszedł czas na kolacj(cid:266) u cioci Jadzi. Ach, ta ciocia Jadzia. Nie miała ju(cid:298) dwudziestu lat, ale ci(cid:261)gle zachowywała (cid:286)wie(cid:298)o(cid:286)ć. Była osob(cid:261) pełn(cid:261) wigoru. Tak pr(cid:266)dko potrafiła mówić, (cid:298)e przeci(cid:266)tny człowiek mało co rozumiał. Nosiła si(cid:266) klasycznie — zawsze w spódnicy. A i pogl(cid:261)dy te(cid:298) miała nienowoczesne. Lubiła szydełkować, chodzić do ko(cid:286)cioła, plotkować z s(cid:261)siadkami oraz wykonywać wszelkie inne czynno(cid:286)ci charakterystyczne dla cioć Jad(cid:296). Czasem dobrze potrafiła za(cid:298)artować. Była prost(cid:261) osob(cid:261), bez wykształcenia. Mieszkała sama w dwupi(cid:266)trowym domu ze strychem w miasteczku Sojki, poło(cid:298)onym czterdzie(cid:286)ci kilometrów na wschód od Pobrotów. Utrzymywała si(cid:266) z emerytury, ale po jej podwórku kr(cid:266)ciły si(cid:266) jeszcze kury, a na polu rosła sałata i truskawki. Podró(cid:298) do miasteczka trwała samochodem pół godziny, tote(cid:298) nie była m(cid:266)cz(cid:261)ca. Pobroty szybko ukryły si(cid:266) w g(cid:266)stwinie lasu. Samochód wypadł na szerok(cid:261) jezdni(cid:266), gdzie miejscami mo(cid:298)na gnać setk(cid:261). O ile oczywi(cid:286)cie nie jechało si(cid:266) dziesi(cid:266)cioletnim fiatem 125p z licznymi usterkami. 9 Po upływie około dwudziestu minut, na pewnym wzniesieniu, mo(cid:298)na było dojrzeć koloni(cid:266) barwnych domków o spadzistych dachach. Tu i ówdzie wysoka kłuj(cid:261)ca wie(cid:298)a znamionowała obecno(cid:286)ć ko(cid:286)cioła czy innego zabytku. Andrzej naliczył a(cid:298) cztery takie konstrukcje. W samym centrum usytuowano kilka bloków mieszkalnych, które bardzo szpeciły krajobraz. Skromny, tymczasowy bank zorganizowano na jednej z klatek schodowych, a poczt(cid:266) w piwnicy. Sklep spo(cid:298)ywczy otworzył u siebie w domu pewien emerytowany prawnik. Jako(cid:286) si(cid:266) (cid:298)yło. Fiat dotarł ju(cid:298) do niewielkiego stawu, którym zaczynało si(cid:266) miasteczko. Naprzeciw wybudowano cmentarz dla topielców. W momencie, kiedy fragment ulicy rozwin(cid:261)ł si(cid:266) w chodnik, Andrzej zobaczył co(cid:286), co bardzo przykuło jego uwag(cid:266). Oto szła kobieta. Niska, t(cid:266)ga sylwetka. Włosy przypominaj(cid:261)ce j(cid:266)zyki ognia półkoli(cid:286)cie obejmowały okr(cid:261)gł(cid:261) twarz. Zielone oczy powi(cid:266)kszone przez okulary, małe pełne usta wymalowane ostro ró(cid:298)ow(cid:261) szmink(cid:261). Tył jak u nosoro(cid:298)ca odziany w prost(cid:261) spódnic(cid:266) do kolan kołysał si(cid:266) na boki. Wydawało si(cid:266), (cid:298)e płyn(cid:261)ł lekko w powietrzu. Zreszt(cid:261) kobieta, mimo nóg jak słupy telegraficzne i biustu raczej obfitego, wr(cid:266)cz epatowała lekko(cid:286)ci(cid:261) chodu — szła bowiem na cienkich, nieprzyzwoicie wysokich obcasach. Mo(cid:298)na było odnie(cid:286)ć wra(cid:298)enie, (cid:298)e zaraz połami(cid:261) si(cid:266) pod takim ci(cid:266)(cid:298)arem. Ten jej dziwaczny chód, ci(cid:266)(cid:298)ki i lekki zarazem, w tych delikatnych szpilkach z tym kołysaniem całym. Andrzej zawsze udawał, (cid:298)e nie jest takimi widokami zbytnio zainteresowany. Czasem jednak podejrzewał, (cid:298)e kto(cid:286) zna jego tajemnic(cid:266). „Sk(cid:261)d mogliby wiedzieć” — uspokajał sam siebie. — „Przedsi(cid:266)wzi(cid:261)łem wszelkie (cid:286)rodki ostro(cid:298)no(cid:286)ci”. Byli ju(cid:298) prawie na miejscu. Samochód migiem przeskoczył dwie przecznice i zza drobnych zabudowa(cid:276) wyłonił si(cid:266) nieco wi(cid:266)kszy domek, ale bardziej zaniedbany. Dawno nie odmalowywany, z pordzewiał(cid:261) rynn(cid:261). Gdzieniegdzie na (cid:286)cianach widniały rozgał(cid:266)ziaj(cid:261)ce si(cid:266) p(cid:266)kni(cid:266)cia, a w 10 niektórych miejscach brakowało sporych fragmentów tynku. Podobno w dachu powstała dziura, przez któr(cid:261) przemakał strych i parciała tam boazeria. Dom nie posiadał centralnego ogrzewania. Trzeba było palić w kominku. innymi naj(cid:286)wie(cid:298)sze Zatem klimat panował tutaj i(cid:286)cie wiejski. Tym bardziej, (cid:298)e dom cioci Jadzi stał na kra(cid:276)cu miasteczka. Wokół rozpo(cid:286)cierały si(cid:266) tylko lasy i pola. Andrzej niech(cid:266)tnie tu przyje(cid:298)d(cid:298)ał. Wiedział, (cid:298)e zawsze mo(cid:298)na liczyć na jakie(cid:286) przek(cid:261)ski, ciasteczka, czasem nawet na obiad, lecz rodzice tak bardzo byli pochłoni(cid:266)ci rozmowami z cioci(cid:261), (cid:298)e nie bardzo miał co z sob(cid:261) zrobić. Jadzia nie miała komputera, a telewizor odbierał tylko trzy stacje, przy czym jedn(cid:261) niezbyt wyra(cid:296)nie. Poza tym stał ów telewizor w salonie, gdzie akurat toczyły si(cid:266) rozmowy. Tematy tych pogaduszek miały i(cid:286)cie powa(cid:298)ne i nudne zabarwienie. Chłopak nie bardzo orientował si(cid:266), o co chodzi. Komentowano mi(cid:266)dzy rewelacje z politycznego show — kto odszedł, kto przyszedł, jaki jest, czy si(cid:266) nadaje? Kiedy siedli tak we trójk(cid:266) i zacz(cid:266)li te swoje rozmowy, mo(cid:298)na było odnie(cid:286)ć wra(cid:298)enie, i(cid:298) czas cofn(cid:261)ł si(cid:266) o dobre pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t lat. Mama Andrzeja na wizyty u krewnych zakładała dług(cid:261) sukni(cid:266) koronkow(cid:261) w kwiaty, któr(cid:261) dostała od swojej babci w dzie(cid:276) (cid:286)lubu. Po drobnych przeróbkach okazało si(cid:266), (cid:298)e suknia trendów współczesnej mody. Na nogach miała babcine pantofle — tak(cid:298)e szczyt mody. Tata Andrzeja zało(cid:298)ył szary golf, a m(cid:261)dr(cid:261) min(cid:266) wspomagała łysina plackowata oraz fajka. Ciocia Jadzia jak zwykle w lu(cid:296)nej spódnicy. Siedzieli w do(cid:286)ć ciemnym salonie. Pod (cid:286)cian(cid:261) straszyła stara, monstrualna szafa, a obok stał du(cid:298)y telewizor w drewnianej obudowie, z której wystawały jakie(cid:286) pokr(cid:266)tła. Nad tym wszystkim wisiał drewniany krzy(cid:298) z postaci(cid:261) cierpi(cid:261)cego Jezusa. idealnie pasuje do Tymczasem za oknem p(cid:266)dziły trzydziestk(cid:261) najnowsze modele traktorów, na które chłopi podrywali kobiety. Co biedniejsi szpanowali 11 natomiast wozami z ko(cid:276)mi. Było ju(cid:298) pó(cid:296)no, tote(cid:298) ruch uliczny nie bardzo dawał si(cid:266) we znaki. Jednak za dnia panuje tutaj istny harmider. Traktory stoj(cid:261) w korkach, kierowcy niecierpliwi(cid:261) si(cid:266), tr(cid:261)bi(cid:261). Padaj(cid:261) obelgi w stylu: „Jak je(cid:296)dzisz, plemniku!”. Niektórzy na chama próbuj(cid:261) wyprzedzić trzy traktory na raz. Gnaj(cid:261) wtedy czterdziestk(cid:261) na złamanie karku, a przecie(cid:298) w sezonie niejednokrotnie ci(cid:261)gn(cid:261) ze sob(cid:261) przyczep(cid:266) wypchan(cid:261) kostkami zbo(cid:298)a. Cz(cid:266)sto taka brawura ko(cid:276)czy si(cid:266) stłuczk(cid:261) oraz siniakami, ale i tak ludzi bez wyobra(cid:296)ni nie brakuje. Najgorsi s(cid:261) młodzi. Kradn(cid:261) traktory rodzicom i urz(cid:261)dzaj(cid:261) sobie (noc(cid:261) lub wczesnym rankiem) wy(cid:286)cigi. Przy dobrym wietrze, z górki osi(cid:261)gaj(cid:261) pr(cid:266)dko(cid:286)ć czterdziestu dwóch kilometrów na godzin(cid:266). Zje(cid:298)d(cid:298)aj(cid:261) po niebezpiecznie kr(cid:266)tej szosie. Latem przy uchylonych szybach, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, wiatrem we włosach oraz magnetofonami odtwarzaj(cid:261)cymi rock and roll’owe kawałki. Policja, która dysponuje przestarzałymi traktorami, nie jest w stanie ich dogonić. Zawiadomienie dostaje wtedy Elitarna Szósta Brygada Rowerowa z pobliskiej wsi. (cid:285)miałkowie ci dysponuj(cid:261) nowoczesnymi kolarzówkami. Mog(cid:261) złapać ka(cid:298)dy traktor. Jednak pewnym problemem bywa zepchni(cid:266)cie pirata drogowego na pobocze. Rozmowa mi(cid:266)dzy cioci(cid:261) Jadzi(cid:261) a rodzicami rozp(cid:266)tała si(cid:266) na dobre. Czasem przybierała postać walki na argumenty, co oczywi(cid:286)cie było czyst(cid:261) rozrywk(cid:261), demonstracj(cid:261) pozornej jasno(cid:286)ci swego umysłu. Andrzej szybko si(cid:266) znudził słuchaniem. Przypomniał sobie t(cid:266) kobiet(cid:266) o czerwonych włosach... oraz jej szpilki. Wiedział, (cid:298)e ciocia Jadzia, mimo swej pruderyjno(cid:286)ci, te(cid:298) czasem nosi szpilki. Mo(cid:298)e nie za wysokie, ale zawsze co(cid:286). W jego głowie zawitała nie(cid:286)wie(cid:298)a, odgrzewana fantazja. I mimo tych swoich czterech tygodni na karku rozpływała si(cid:266) w umy(cid:286)le bardzo przyjemnie. Wybijała si(cid:266) skutecznie spo(cid:286)ród tłumu szarych my(cid:286)li. Przez 12 ostatnie dwa dni sporo przytyła. Wchłon(cid:266)ła szereg nowych, ekscytuj(cid:261)cych w(cid:261)tków. Miała prawdziw(cid:261) rozpust(cid:266). Andrzej nie chciał jej odpychać. Wr(cid:266)cz przeciwnie: karmił i głaskał j(cid:261) czule. Nadszedł jednak ten krytyczny moment, w którym fantazja mogła przenikn(cid:261)ć do wspomnie(cid:276). Poczuł niepokój. Naraz zrobiło mu si(cid:266) bardzo gor(cid:261)co. Dr(cid:298)ał niezauwa(cid:298)alnie. „Chcesz tego” — stwierdził. — „Spróbuj, czekałe(cid:286) na to cały tydzie(cid:276). Nie wiesz, kiedy b(cid:266)dzie nast(cid:266)pna szansa”. — To mo(cid:298)e ja pozwiedzam dom. Wstał z kanapy. — Dobrze — odpowiedziała ciocia. Przeszył go dreszcz. Przeci(cid:261)gn(cid:261)ł si(cid:266) raz a dobrze. Wyszedł z salonu. Po drodze zamkn(cid:261)ł za sob(cid:261) drzwi. Do szafki z butami doszedł szybko, lecz teraz ogarn(cid:266)ła go w(cid:261)tpliwo(cid:286)ć. Czy usłysz(cid:261) jak j(cid:261) otwiera? Drzwiczki skrzypiały, ale teoretycznie był bezpieczny. Przecie(cid:298) dobrze zaplanował akcj(cid:266). Bezbł(cid:266)dnie! Mimo wszystko czuł ogromny niepokój. Na skro(cid:276) wyskoczył zimny pot, r(cid:266)ce zacz(cid:266)ły dr(cid:298)eć. Jedynym, co słyszał, było jego ci(cid:266)(cid:298)kie dyszenie, jakby przebiegł dziesi(cid:266)ć kilometrów, oraz trzask chrz(cid:261)stki lewego kolana, gdy kucał przy szafce. Tego ostatniego nie mógł przewidzieć, wi(cid:266)c dostał niemałego ataku paniki. Stan(cid:261)ł jak wryty. Gotów w ka(cid:298)dej chwili do ucieczki. Nasłuchiwał. Rozmowa nadal trwała w najlepsze. „Ale jestem głupi” — pomy(cid:286)lał. — „Na pewno nic nie słysz(cid:261)”. Otworzył szafk(cid:266). Obejrzał dokładnie jej zawarto(cid:286)ć. Bardzo spodobały mu si(cid:266) pewne klapki na o(cid:286)miocentymetrowej szpilce. Do(cid:286)ć seksowne jak na cioci(cid:266) Jadzi(cid:266). Lakierowane, koloru krwi t(cid:266)tniczej. Zdobiły je (cid:286)liczne, malutkie kokardki. Pochwycił buciki, zamkn(cid:261)ł szafk(cid:266) i pewnym krokiem wskoczył do sypialni. Dla bezpiecze(cid:276)stwa zamkn(cid:261)ł za sob(cid:261) drzwi. Na (cid:286)rodku sypialni stało ju(cid:298) do(cid:286)ć wysłu(cid:298)one. Pami(cid:266)tało czasy trzyosobowe pradziadków. W przestrzeni mi(cid:266)dzy oknami zamontowano du(cid:298)e lustro. ło(cid:298)e. Było 13 Stały przy nim, na szafce, kosmetyki cioci. Lustro umo(cid:298)liwiało przejrzenie si(cid:266) w cało(cid:286)ci, co stanowiło dla Andrzeja bardzo korzystn(cid:261) opcj(cid:266). Chocia(cid:298) nie zawsze, bo gdy ko(cid:276)czył, wolał ju(cid:298) na siebie nie patrzeć. A zwłaszcza na to, co miał na stopach. W takich chwilach chciał pozbyć si(cid:266) tego jak najszybciej. Wyrzucić, zapomnieć. Teraz był jednak w zupełnie innym stanie. Pragn(cid:261)ł TEGO. My(cid:286)lał, (cid:298)e potem zrobi to jeszcze raz i jeszcze raz, (cid:298)e b(cid:266)dzie inaczej ni(cid:298) zwykle. Usiadł na łó(cid:298)ku, które zapadło si(cid:266) pod nim do połowy. Klapki cioci były tak w(cid:261)skie, (cid:298)e z trudem wcisn(cid:261)ł je na stopy. Wstał, zrobił dwa niepewne kroki w stron(cid:266) lustra. Obcasy metalowymi flekami stukn(cid:266)ły o podłog(cid:266). Nogi latały mu na wszystkie strony. Cz(cid:266)(cid:286)ciowo ze stresu, a cz(cid:266)(cid:286)ciowo wskutek za w(cid:261)skich bucików. Mało nie skr(cid:266)cił kostki. Lustro ukazało mu (cid:286)mieszny widok. Jego workowate spodnie, lu(cid:296)na bluza takiej długo(cid:286)ci, jak(cid:261) miały sukienki niektórych jego kole(cid:298)anek (tych co bardziej perwersyjnych), grube zimowe skarpety nijak nie chciały si(cid:266) komponować z małymi bucikami, a pi(cid:266)ty jakby wisiały w powietrzu, wychodz(cid:261)c o dobre dwa centymetry poza obr(cid:266)b wkładki. Był czerwony jak burak ze wstydu, jednak nap(cid:266)dzała go my(cid:286)l z niewiadomych przyczyn bardzo przyjemna. Oto on, przedstawiciel m(cid:266)skiego rodu, przyjmuje do(cid:286)wiadczenia, które dla m(cid:266)(cid:298)czyzn naznaczone s(cid:261) cenzur(cid:261). Kiedy to si(cid:266) zacz(cid:266)ło? Miał wtedy z osiem lat. Mo(cid:298)e troch(cid:266) wi(cid:266)cej. Zauwa(cid:298)ył te dziwne buty. Czasem (cid:286)mieszne. Był bardzo ciekaw... Takie szpilki... Jakie to mogło być uczucie? „Stukaj(cid:261)ce buty” — mówiły niektóre dzieci. Tylko dla kobiet. Nie dla niego. Nie mógł zatem... Nie mógł tak po prostu spytać: „Mamo, czy mog(cid:266) poprzymierzać twoje szpilki?”. To byłoby dziwne. Wstydliwe. Nawet nie przeszło mu to przez my(cid:286)l. Przymierzył je potajemnie. Gdy nikogo nie było w domu. W ko(cid:276)cu przed samym sob(cid:261) nie trzeba udawać prawdziwego m(cid:266)(cid:298)czyzny. Serce waliło mu jak oszalałe ze strachu, (cid:298)e kto(cid:286) 14 zadzwoni albo zobaczy przez okno. Albo mo(cid:298)e s(cid:261)siad usłyszy stukot obcasów. Ale oprócz tego wstydu i strachu poczuł tak(cid:298)e wzwód pr(cid:261)cia. — Wreszcie... obcasy — odetchn(cid:261)ł z ulg(cid:261). Przyjemny ucisk w spodniach. Ptak rozpaczliwie napieraj(cid:261)cy... Usiłuj(cid:261)cy uciec z klatki. Ju(cid:298) miał Andrzej wkładać dło(cid:276), gdy nagle usłyszał za sob(cid:261) (cid:286)miech. Obejrzał si(cid:266). Ciocia stała na progu sypialni. Mógł to przewidzieć. Ona, w tych swoich mi(cid:266)kkich kapciuszkach porusza si(cid:266) bezszelestnie, niczym zjawa. Przecie(cid:298) wujek zmarł na zawał serca — tak Jadzia go zaskoczyła i wystraszyła na (cid:286)mierć. Andrzeja kompletnie zamurowało. Jego misterny plan szlag trafił. Nie był w stanie nic powiedzieć ani tym bardziej wymy(cid:286)lić. (cid:285)miech cioci spowodował, (cid:298)e całe podniecenie diabli wzi(cid:266)li. Zostało to, co najgorsze — wstyd. — Patrzta! — zawołała ciocia. — Jak dziewczynka. Chłopak przestraszył si(cid:266), (cid:298)e Jadzia (cid:286)ci(cid:261)gnie tutaj rodziców. Miał wra(cid:298)enie, (cid:298)e siła jej głosu mogła zagłuszyć huk armaty. Wyobraził sobie rodziców wpadaj(cid:261)cych tutaj, wielce zainteresowanych nowym zjawiskiem. Lecz nic takiego nie zaszło.— Chod(cid:296)ta, poka(cid:298)ta si(cid:266) mamie i tacie — zaproponowała. Andrzej nie miał, bro(cid:276) Bo(cid:298)e, takiego zamiaru. Lecz przeszedł kilka kroków w stron(cid:266) przedpokoju, aby jeszcze choć przez chwil(cid:266) mieć szpilki na stopach — tak bardzo mu si(cid:266) podobały. Nast(cid:266)pnie uznał wy(cid:298)szo(cid:286)ć ideologii zakazanego owocu, (cid:286)ci(cid:261)gn(cid:261)ł je i odniósł na miejsce. Nie mówiono o tym. Nie komentowano. Ale głupio si(cid:266) czuł. Obwiniał siebie, obwiniał (cid:286)lepy los. „Dlaczego moje (cid:298)ycie musi si(cid:266) składać z takich wpadek?” — bił si(cid:266) w my(cid:286)lach po głowie. — „Cholerny (cid:286)wiat. Tydzie(cid:276) TEGO nie robiłem. To zrozumiałe, (cid:298)e bardzo chciałem, ale trzeba było zachować wi(cid:266)ksz(cid:261) ostro(cid:298)no(cid:286)ć”. 15 Mimo wszystko pragn(cid:261)ł, (cid:298)eby otrzymać kolejn(cid:261) szans(cid:266). Nie mógł z tym zerwać — za słaba motywacja. Obiecał sobie tylko, (cid:298)e b(cid:266)dzie bardziej si(cid:266) pilnował. 16 Rozdział 2. Tej nocy miał sen. Wstał rano z uczuciem, (cid:298)e jeszcze co(cid:286) pami(cid:266)ta. „Sen, jaki sen?’ — stukał si(cid:266) w głow(cid:266). — „Co to był za sen, do cholery? No ju(cid:298) dobrze. Uspokój si(cid:266). Nie popadaj w paranoj(cid:266). Zapomniałe(cid:286). Trudno. Nie my(cid:286)l o tym. To nic”. Z łó(cid:298)ka wyszedł lew(cid:261) nog(cid:261). Był w takie dni bardziej pewny siebie. Nie bał si(cid:266) robić zwariowanych rzeczy. „Tak, to odpowiedni moment” — pomy(cid:286)lał, gdy tylko doprowadził si(cid:266) do ładu. W rzeczy samej, wszelkie znaki na niebie i Ziemi wskazywały, i(cid:298) tego dnia nastał odpowiedni moment. Na przystanku autobusowym ogl(cid:261)dał cuda, które niedawno zakupił. Błyszcz(cid:261)cy pier(cid:286)cionek zrobiony na wzór współczesnych konstrukcji architektonicznych — ze szkła i metalu. Warty co najmniej pi(cid:266)tna(cid:286)cie złotych, ale on, sprytne dziecko nowej ery, kupił go na straganie za jedyne pi(cid:266)ć pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)t. Wiedział, (cid:298)e Jolka wolałaby hantle, lecz nie zdołał ich wynie(cid:286)ć ze sklepu. Musiał działać szybko. Bez wzgl(cid:266)du na to, co Jolka o nim mogła my(cid:286)leć. Od niedawna chodził za ni(cid:261) jaki(cid:286) chłopak. Nawet u(cid:286)miechn(cid:266)ła si(cid:266) do niego. Chyba odbyli krótk(cid:261) pogaw(cid:266)dk(cid:266). Andrzej nie mógł na to patrzeć. — Cze(cid:286)ć, Lala. Co słychać? — zagadn(cid:261)ł do niego znajomy głos. Ach... Nie musiał si(cid:266) odwracać, (cid:298)eby zgadn(cid:261)ć kto to. Jego najlepszy kolega, Anastazy. Imi(cid:266) miał bardzo ładne, czego nie mo(cid:298)na powiedzieć o g(cid:266)bie. Mo(cid:298)e gdyby nie ten głupkowaty u(cid:286)mieszek... Znali si(cid:266) kilka lat. Robili razem wiele rzeczy — grali w piłk(cid:266), ogl(cid:261)dali filmy wideo, wspinali si(cid:266) po drzewach... Czasem próbował sobie Andrzej przypomnieć, jak do tego doszło? Wszak Anastazy uchodził za klasowego głupka, frajera, błazna. Za wszystko, co najgorsze. 17 — Andrzej opuszcza si(cid:266) w nauce — mówiła wychowawczyni na wywiadówce. — My(cid:286)l(cid:266) (cid:298)e to skutek kontaktów z Anastazym. „Akurat!” — krzyczał w my(cid:286)lach. Nie, (cid:298)eby bronić tej swojej prawie przyja(cid:296)ni z Anastazym, ale raczej udowadniać sobie sw(cid:261) niezale(cid:298)no(cid:286)ć od ludzi, z którymi si(cid:266) stykał. — Cze(cid:286)ć, Nied(cid:296)wied(cid:296) — odburkn(cid:261)ł, dyskretnie chowaj(cid:261)c pier(cid:286)cionek. Chyba ka(cid:298)dy miał jak(cid:261)(cid:286) ksyw(cid:266). Jednak dla frajerów zostawały te najgorsze. „Lala! Nie jestem (cid:298)adn(cid:261) lal(cid:261)!” — grzmiał w my(cid:286)lach. I tak nie mógł nic na to poradzić. Wszyscy mówili do niego „Lala”. Wiedział, (cid:298)e to przez jego tchórzliwe usposobienie, które zreszt(cid:261) nieraz próbował zamaskować. — Co tam schowałe(cid:286) do kieszeni? — dopytywał Anastazy. — (cid:285)ci(cid:261)gi. — Z czego? Poka(cid:298). — Nie! Sam sobie zrób. Po tak ostrych słowach nastał chwilowy spokój. Andrzej odetchn(cid:261)ł. Wokół panowały jeszcze egipskie ciemno(cid:286)ci, ale ka(cid:298)dy homo sapiens, dzi(cid:266)ki swym niezawodnym zegarom, dobrze wiedział, i(cid:298) za pół godziny nastanie jasno(cid:286)ć dnia. Było zimno. Stanowczo za zimno jak dla ciepłolubnego Andrzeja. Kulił si(cid:266) w swojej puchowej kurtce, jak ptak na pobliskiej gał(cid:266)zi. Anastazy nosił czapk(cid:266) z nausznikami. Idealnie pasowała do jego głupkowatej miny. Andrzej był akurat bez nakrycia głowy, gdy(cid:298) termometr pokazywał całkiem przyjemny jeden stopie(cid:276) powy(cid:298)ej zera. Nie uwzgl(cid:266)dnił chłopak lodowatych wiatrów, które akurat nie wdzierały si(cid:266) pomi(cid:266)dzy blokowiska. Tote(cid:298) jednak nieco bystry Anastazy mógł zauwa(cid:298)yć pewn(cid:261) ciekawostk(cid:266). — Zapuszczasz włosy? — spytał. — Tak. — Ha, ha — skomentował. — Jak dziewczyna. 18 — Nie. Jak chłopak. — B(cid:266)dziesz nosił spinki? Tak, wła(cid:286)nie! Andrzej marzył o czym(cid:286), co mogłoby powstrzymać jego bujn(cid:261) czupryn(cid:266) przed wpadaniem do oczu. Lecz nie bardzo wiedział, co to mogłoby być. Spinki i wsuwki były zarezerwowane tylko dla kobiet. Mo(cid:298)e opaska? Czy jaki(cid:286) chłopak nosi opaski? Andrzej nigdy takiego nie spotkał. Wobec tego, jak na razie, m(cid:266)czył si(cid:266) z t(cid:261) grzyw(cid:261) niemiłosiernie. Ci(cid:266)(cid:298)ko mu było grać w piłk(cid:266), bo nic nie widział. (cid:297)e te(cid:298) nie pomy(cid:286)lał, (cid:298)eby podpatrzeć jak inny chłopak zapuszcza włosy. Zreszt(cid:261) nikogo takiego nie znał. Jeden ju(cid:298) miał długie. Mógł zdradzić swój sekret, tyle (cid:298)e Andrzej nigdy nie odwa(cid:298)ył si(cid:266) zapytać. — Nie — odpowiedział, patrz(cid:261)c na Anastazego ze sztucznym politowaniem. — O co ci chodzi? Długie włosy to normalna sprawa. — A spinki nie? — błysn(cid:261) inteligencj(cid:261) Anastazy. Jak w ogóle to wszystko si(cid:266) zacz(cid:266)ło? Mo(cid:298)e za du(cid:298)o patrzył Andrzej na włosy pani od biologii. Jak kruczoczarne kosmyki przechodz(cid:261) za uszami i zawijaj(cid:261) si(cid:266) na ko(cid:276)cach. Albo na kit(cid:266) jednego z chłopaków wygl(cid:261)daj(cid:261)c(cid:261) zupełnie jak ogon br(cid:261)zowej wiewiórki. Tak czy owak doszedł do wniosku, (cid:298)e krótkie włosy s(cid:261) jakie(cid:286) takie nudne i pospolite. Poza tym jeden z jego bohaterów filmowych — twardy amant nosz(cid:261)cy si(cid:266) na czarno — miał, oprócz gitary, pi(cid:266)kne długie pióra. Có(cid:298)... Mógł to być dobry szpan. Ale Andrzej zapominał o jednym — był tylko frajerem, a nie hollywoodzkim bo(cid:298)yszczem kobiet. Nagle trzy postacie wyeksponowały si(cid:266) na tle niemrawego tłumu. Trzy postacie niechciane jak opady (cid:286)niegu, jak merdanie za policzek w wykonaniu cioci Lusi. Za pó(cid:296)no by si(cid:266) ukryć. Mo(cid:298)na uciec? Popełnić harakiri? A mo(cid:298)e zamkn(cid:261)ć oczy i zapomnieć? Modlić si(cid:266) do Sił Ewolucji. Uwa(cid:298)ać, (cid:298)e (cid:286)lepy los poło(cid:298)y opryszków na łopatki albo (cid:298)e s(cid:261) tylko fatamorgan(cid:261). 19 — Podobno kto(cid:286) tu zapuszcza włosy — rzucił jeden z wyrostków; najszybsza z trzech postaci. Nosił podarte jeansy, skórzan(cid:261), krótk(cid:261) kurtk(cid:266), pop(cid:266)kane glany. Jego l(cid:286)niła w czerwonych łysa głowa gro(cid:296)nie wypolerowana na glans promieniach wschodz(cid:261)cego sło(cid:276)ca. — To on, nie ja — zarzekał si(cid:266) Anastazy, wskazuj(cid:261)c palcem na koleg(cid:266). Łysy gro(cid:296)nie spojrzał w Andrzejowe oczy. Chłopak, pragn(cid:261)cy osi(cid:261)gn(cid:261)ć idealne zaprzeczenie łysiny, przestraszony spu(cid:286)cił wzrok. Chwila rozci(cid:261)gn(cid:266)ła si(cid:266) w czasoprzestrzeni jak guma do (cid:298)ucia. Dylatacja czasu i skrócenie odległo(cid:286)ci mi(cid:266)dzy chuliganem a jego ofiar(cid:261), mimo (cid:298)e obaj stali w miejscu. Po rozlazłym w czasie mgnieniu oka doł(cid:261)czył do łysego drugi, bardzo podobny chłopak. Dwie łyse głowy wypolerowane na glans jeszcze gro(cid:296)niej l(cid:286)niły w czerwonych promieniach wschodz(cid:261)cego sło(cid:276)ca. Po chwili znalazł si(cid:266) i sam boss — postrach całej dzielnicy. Boss zawsze nosił białe ubrania — spodnie w kant, r(cid:266)kawiczki, marynark(cid:266). St(cid:261)d jego ksywa: Biały Pan. Dobrze si(cid:266) uczył, pochodził z bogatej rodziny. Czasem lubił okazywać swoj(cid:261) wy(cid:298)szo(cid:286)ć nad innymi chłopakami. Zwłaszcza tymi słabszymi. A mo(cid:298)e tylko nad słabszymi? Kiedy boss złapał przedszkolaka i zlał go na kwa(cid:286)ne jabłko, od razu poprawiał mu si(cid:266) humor. Wtedy był w stanie boss wypić dwa piwa jednym duszkiem lub ugotować pyszn(cid:261) zup(cid:266) grzybow(cid:261) według receptury swojej babci. Pami(cid:266)tne było pewne wystawne przyj(cid:266)cie, na które zaproszono sam(cid:261) królow(cid:261) Anglii. Biały Pan nudził si(cid:266) na tym przyj(cid:266)ciu niemiłosiernie, ale jego obecno(cid:286)ć była obowi(cid:261)zkowa — reprezentował dzieci najbogatszego człowieka w mie(cid:286)cie. W pewnym momencie k(cid:261)tem oka dostrzegł Andrzeja, gdy nakładał paróweczki na talerz El(cid:298)biety II. Niewymowna rado(cid:286)ć! Wiele dni bezczynnego fantazjowania, jak gonił takiego wła(cid:286)nie 20 chłopaka i zasadzał mu tryumfalnego kopa. Andrzej nadawała si(cid:266) idealnie. Jakby wyj(cid:266)ty z jego marze(cid:276). Chłopak z marze(cid:276)... Spadł mu z nieba! A wła(cid:286)ciwie wypadł z zaułka ulicy Wiktoria(cid:276)skiej. My(cid:286)lał, (cid:298)e cudownie b(cid:266)dzie wło(cid:298)yć chłopakowi martensa na (cid:298)ywo. (cid:297)e b(cid:266)dzie to istny orgazm! Nie zwa(cid:298)aj(cid:261)c na konwenanse, przytrzymał jedn(cid:261) r(cid:266)k(cid:261) swój melonik i pognał w stron(cid:266) Andrzeja. — Ju(cid:298) panicz ucieka? — dziwił si(cid:266) lokaj. Boss nic nie odpowiedział, tylko z wielk(cid:261) gracj(cid:261) sadził kolejne susy w kierunku zrozpaczonego chłopaka. Kobiety mdlały na widok p(cid:266)dz(cid:261)cego Białego Pana — taki był zachwycaj(cid:261)cy. Wygl(cid:261)dał jak łania galopuj(cid:261)ca przez polan(cid:266). Andrzej przypominał natomiast zaj(cid:261)ca. Tchórzliwego, n(cid:266)dznego zwierzaczka. Tamtym razem zdołał jednak umkn(cid:261)ć. Boss jeszcze rzucił za nim melonikiem, lecz zasi(cid:266)g melonikowego działa okazał si(cid:266) zbyt mały. Tego dnia miał Andrzeja w swej jedwabistej gar(cid:286)ci. — Edward, kalendarzyk — rozkazał jednemu z łysych. Edward si(cid:266)gn(cid:261)ł do kieszeni kurtki. Wydobył czarny, prostok(cid:261)tny przedmiot. Otworzył, przekartkował... — I co my tam mamy? — pytał zniecierpliwiony boss. Odpowied(cid:296) nie padła. Edward wygl(cid:261)dał tak, jakby potrzebował ró(cid:298)nym k(cid:261)tem, ale okularów. Próbował zerkn(cid:261)ć na tekst pod bezskutecznie. — Oj, daj mi to, brutalu! — wyrwał kalendarzyk Edwardowi. — Przecie(cid:298) wyra(cid:296)nie masz napisane: „Dzie(cid:276) Dobroci Dla Zwierz(cid:261)t”. Do stu piorunów! Jutro macie zjawić si(cid:266) u mnie obaj. B(cid:266)dziecie czytali Mickiewicza — spojrzał na but drugiego z łysych. — Steniu, co to jest?! — pokazał palcem. — Zawi(cid:261)(cid:298)(cid:298)e tego buta. Jak ty wygl(cid:261)dasz? Bo(cid:298)e, z kim ja si(cid:266) zadaj(cid:266)? Steniu schylił si(cid:266). Zawi(cid:261)zał starannie. 21 — Jeszcze was dopadniemy — gro(cid:296)nie zakomunikował Andrzejowi i Anastazemu. Jednak mimo to strach opu(cid:286)cił umysły niedoszłych ofiar. „Jeszcze was NIE dopadniemy” — opatrznie tłumaczyli sobie słowa oprawcy. Oddalaj(cid:261)cy si(cid:266) szelest eleganckich spodni. Wysokie stukanie martensów i tupot dwóch par ci(cid:266)(cid:298)kich butów. — Oto cichn(cid:261)ce d(cid:296)wi(cid:266)ki znamionuj(cid:261)ce tyrana jak ryk lwa w (cid:286)wiecie zwierz(cid:261)t. Nadjechał autobus. Ale nie ten, którego oczekiwali. Biały Pan ze swymi gorylami akurat znale(cid:296)li si(cid:266) przy drzwiach. Nie pogardziłby tak(cid:261) sytuacj(cid:261). Przecie(cid:298) był to element efektownego wyj(cid:286)cia. Stan(cid:261)ł. A wraz z nim jego goryle. Kiedy panie ruszyły do (cid:286)rodka, boss wyj(cid:261)ł z kieszeni melonik, rozło(cid:298)ył go na głowie. Przy ka(cid:298)dej pani zdejmował go wymownie i kłaniał si(cid:266) w pas. Był pełen dostoje(cid:276)stwa. Niektóre kobiety całował po r(cid:266)kach. Czasem kl(cid:266)kał przed co bardziej wytworn(cid:261) dam(cid:261). — A wy, niewychowane nieroby — rzucił do swoich goryli — czemu nie oddajecie czci płci pi(cid:266)knej? Jak na komend(cid:266), łysi te(cid:298) pocz(cid:266)li si(cid:266) kłaniać. Jednego chłopaka boss dziarsko wypchn(cid:261)ł, gdy(cid:298) szedł przed kobietami. Drugiego natomiast popchn(cid:261)ł dla zabawy. — Och, jaki z niego d(cid:298)entelmen — zachwycała si(cid:266) jaka(cid:286) starsza pani w futrze z norek. — Dawno takiego nie widziałam. Ustał Andrzejowy szok. Ponownie mogła go opa(cid:286)ć g(cid:266)stwina mało znacz(cid:261)cych my(cid:286)li. Biały Pan ju(cid:298) nie spojrzał w jego kierunku ani razu. Gdy autobus odjechał, znikn(cid:261)ł z gorylami za mi(cid:266)snym. — Miałe(cid:286) pietra, co? — drwił sobie Anastazy. „Mo(cid:298)e gdy przyfasol(cid:266) mu w nos” — my(cid:286)lał Andrzej — „to ujrz(cid:266) jakie(cid:286) ciekawe oblicze”. 22
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Mężczyzna zmiennym jest
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: