Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00309 007643 15914778 na godz. na dobę w sumie
Marta - ebook/pdf
Marta - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 197
Wydawca: Universitas Język publikacji: polski
ISBN: 978-832-421-076-3 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook (-9%), audiobook).

Powieść osnuta wokół wątków autobiograficznych. Powstała po rozwodzie Elizy Orzeszkowej z mężem i sprzedaży majątku, kiedy to pisarka osobiście doświadczyła trudnej sytuacji finansowej. Próby znalezienia pracy i samodzielnego utrzymania się przekonały ją o istnieniu silnych stereotypów kulturowych i ograniczeń społecznych otaczających kobiety.
Wyrosła z tych doświadczeń „Marta” odbiła się szerokich echem wśród społeczeństwa polskiego. Powieść opowiada historię kobiety, młodej wdowy z małym dzieckiem, która próbuje odnaleźć się w zupełnie nowej dla siebie sytuacji. Sytuacji ta wymusza weryfikację dotychczas przyjętych zasad, panujących reguł społecznych i narzuconych wzorców zachowań – nieprzystających do obecnego stanu rzeczy. Bohaterka rzuca wyzwanie światowi mężczyzn, uprzedzeń, ograniczeń i stereotypów. Czy wychodzi z tego obronną ręką?

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

ISBN 97883-242-1076-3 śycie kobiety to wiecznie gorejący płomień miłości – powia- dają jedni. śycie kobiety to zaparcie się – twierdzą inni. śycie kobiety to macierzyństwo – wołają tamci. śycie kobiety to igraszka – Ŝartują inni jeszcze. Cnota kobiety to ślepa wiara – chórem zgadzają się wszyscy. Kobiety wierzą ślepo; kochają, poświęcają się, hodują dzieci, bawią się... spełniają zatem wszystko, co świat spełniać im nakazu- je, a jednak świat krzywo jakoś na nie spogląda i od czasu do czasu odzywa się w kształcie wyrzutu lub napomnienia. – Źle dzieje się z wami! Spomiędzy kobiet samych przenikliwsze, rozumniejsze lub nie- szczęśliwsze, wglądając w siebie lub rozglądając się dokoła, po- wtarzają: – Źle dzieje się z nami! Na wszelkie złe niezbędnym jest środek zaradczy; ci i owi upa- trują go w tym lub w owym, ale choroba nie ustępuje przed re- ceptą. Niedawno jeden z najsłuszniej powaŜanych w kraju naszym pisarzy (pan Zachariasiewicz w powieści pt. „Albina”) podał do wiadomości publicznej, Ŝe kobiety fizycznie i moralnie chorują dlatego, Ŝe brak im wielkiej miłości (naturalnie dla męŜczyzny). Nieba! jakaŜ to olbrzymia niesprawiedliwość! Niech róŜowy boŜek Eros zleci nam ku pomocy i zaświadczy, iŜ całe Ŝycie nasze nie jest czym innym jak kadzidłem na cześć jego nieustannie palonym! Zaledwie odrósłszy od ziemi, słyszymy juŜ, Ŝe przeznaczeniem naszym będzie kochać jednego z panów stworzenia; podlotki, marzymy o tym panu i władcy kaŜdego wieczora, w którym na niebiosach księŜyc świeci lub gwiazdy błyszczą, kaŜdego poranku, w którym śnieŜne lilie rozwijają ku słońcu wonne swe kielichy, marzymy i wzdychamy. Wzdychamy do chwili, w której wolno nam 5 będzie, jak liliom ku słońcu, zwrócić się ku temu, który z mgły porannych obłoków lub powodzi księŜycowego światła wyłania się przed wyobraźnią naszą z postacią Adonisa śpiącego na tajem- nicy... Potem... cóŜ potem? Adonis zstępuje z chmur, wciela się, zamieniamy z nim obrączki i wychodzimy za mąŜ... Jest to takŜe akt miłości, a chociaŜ wyŜej nadmieniony pisarz w bardzo zresztą pięknych swych powieściach utrzymywać chce, iŜ zawsze i nie- odmiennie jest to tylko akt rachuby, nie zgadzamy się z nim w tej mierze. Akt rachuby w wyjątkowych sferach i okolicznościach, powszechnie bywa to akt miłości. Jakiej miłości? Wcale to juŜ inna a wielce subtelna i długiego mówienia o sobie wymagająca ma- teria, dość przecieŜ, Ŝe gdy w białych muślinach wstydliwą twarz słoniąc tiulowymi zwojami idziemy do ołtarza, śliczniutki Eros leci przed nami i wstrząsa nam nad głową pochodnią o róŜanych pło- mykach. Potem? cóŜ potem? Kochamy znowu... JeŜeli nie tego z pa- nów stworzenia, który podlotkowi objawiał się w marzeniu, a dzie- wicy obrączkę ślubną na palec włoŜył – to innego, jeŜeli zresztą nie kochamy Ŝadnego, to kochać pragniemy... usychamy, suchot dostajemy, jędzami częstokroć się stajemy z pragnienia kochania... A z tego wszystkiego co wynika? Jedne z nas, otulone skrzydła- mi boŜka miłości, przelatują wprawdzie przez całe Ŝycie uczciwie, cnotliwie i szczęśliwie, inne przecieŜ, liczniejsze, daleko liczniej- sze, zakrwawionymi stopami chodzą po ziemi, walcząc o chleb, o spokój, o cnotę, łzy lejąc obfite, cierpiąc straszliwie, grzesząc okrutnie, spadając w otchłanie wstydu, umierając z głodu... Recepta tedy zamykająca się w słowie k o c h a j c i e! nie na wszystkie słuŜy choroby. MoŜe by dodać jej jedną jeszcze ingrediencję, aby skutecz- niejszą była. Jaką? Powie nam to moŜe karta wydarta z Ŝycia kobiety... * Ulica Graniczna jest jedną z dość oŜywionych ulic Warszawy. Lat temu parę w bardzo piękny dzień jesienny ulicą tą szło i jecha- ło mnóstwo ludzi, z których kaŜdy śpieszył to do interesów swych, 6 to do przyjemności; nie oglądał się ani na lewo, ani na prawo i wca- le a wcale nie zwracał uwagi na to, co działo się w głębi jednego z dziedzińców, ulicy dotykających. Dziedziniec to był czysty, dość obszerny, z czterech stron oto- czony wysokimi murowanymi budowlami. Budowla znajdująca się w głębi była najmniejsza, ale po wielkich oknach, szerokim wej- ściu i ładnym ganku wejście to przyozdabiającym wnosić moŜna było, Ŝe znajdujące się w niej mieszkania były wygodne i ozdobne. Na ganku stała młoda kobieta w Ŝałobnej sukni z bladą bardzo twarzą. Blada równieŜ i w Ŝałobę przyodziana czteroletnia dziewczynka czepiała się rąk jej, które, nie załamane wprawdzie, zwisały jednak bezsilnie, nadając postaci kobiety pozór wielkiego smutku i znękania. Z czystych, szerokich wschodów prowadzących na wyŜsze pię- tro budowli schodzili wciąŜ ludzie w grubej odzieŜy i grubym, opy- lonym obuwiu. Byli tam tragarze niosący najrozmaitsze sprzęty, jakimi tylko napełnionym i przybranym być moŜe mieszkanie, jeśli niezbyt obszerne i wytworne, to przynajmniej ładnie i wygodnie urządzone. Były tam łóŜka mahoniowe, kanapy i fotele obite pąso- wym wełnianym adamaszkiem, kształtne szafy i komody, parę kon- solek nawet z marmurowymi płytami, parę sporych zwierciadeł, dwa wielkie drzewa oleandrowe w doniczkach i datura, na której gałęziach zwieszało się jeszcze kilka niezupełnie okwitłych kieli- chów białego kwiecia. Tragarze wszystkie przedmioty te znosili ze wschodów i mija- jąc stojącą na ganku kobietę, ustawiali je na bruku dziedzińca albo umieszczali na dwóch wozach w bliskości bramy stojących, albo jeszcze wynosili na ulicę. Kobieta stała nieruchomo i wiodła oczami za kaŜdym z wynoszonych sprzętów. Znać było, Ŝe przed- mioty te, z którymi rozstawała się widocznie, posiadały dla niej nie tylko materialną cenę; Ŝegnała je ona tak, jak się Ŝegna widome znaki, kreślące przed oczami naszymi dzieje znikłej bezpowrotnie przeszłości, jak się Ŝegna niemych świadków utraconego szczę- ścia. Blade czarnookie dziecię silniej pociągnęło suknię matki. – Mamo! – szepnęła dziewczynka – patrz! biurko ojca! Tragarze znosili ze wschodów i ustawiali na wozie obszerne biurko męskie, zielonym suknem obite i ładnie rzeźbioną galeryjką ozdobione. Kobieta w Ŝałobie długim spojrzeniem okryła sprzęt wskazywany jej drobnym paluszkiem dziecka. 7 – Mamo! – szeptała dziewczynka – czy widzisz tę wielką czarną plamę na biurku ojca?... Ja pamiętam, jak się to stało... Ojciec siedział przed biurkiem i trzymał mię na kolanach, ty, mamo, przyszłaś i chciałaś mię ojcu odebrać. Ojciec śmiał się i nie oddawał mię, ja swawoliłam i rozlałam atrament... Ojciec nie gnie- wał się. Ojciec był dobry, nigdy nie gniewał się ani na mnie, ani na ciebie... Dziecko szeptało słowa te, kryjąc twarzyczkę w fałdy Ŝałobnej sukni matczynej, całym drobnym ciałkiem swym tuląc się do jej kolan. Znać i nad tym dziecinnym sercem wspomnienia wywierały juŜ moc swoją, ściskając je bólem nieświadomym samego siebie. Z suchych dotąd oczu kobiety spłynęły dwie łzy grube; chwila wy- wołana przed pamięć jej słowami dziecka, zagubiona niegdyś w mi- lionach chwil podobnych jej, codziennych, uśmiechnęła się teraz ku nieszczęśliwej czarującą goryczą utraconego raju. Być moŜe, iŜ pomyślała takŜe, Ŝe swoboda, wesołość owej chwili opłaconą zo- stała dziś utratą jednego z ostatnich kęsów chleba, pozostałych jej i jej dziecku, opłaconą zostanie jutro – głodem; plama atramento- wa, powstała śród śmiechu dziecka i pocałunków rodziców, kilka- naście złotych ujęła wartości sprzętu. Po biurku ukazał się na dziedzińcu ładny kralowski fortepian, ale kobieta w Ŝałobie obojętniej juŜ za nim wzrokiem powiodła. Nie była znać wcale artystką, instrument muzyczny najmniej obu- dzał w niej Ŝalów i wspomnień, za to malutkie mahoniowe łóŜecz- ko, orzucone nakryciem z kolorowej włóczki wyrabianym, wy- niesione z domu i ustawione na wozie, przykuło do siebie spojrze- nie matki, napełniło łzami oczy dziecięcia. – ŁóŜeczko moje, mamo! – zawołała dziewczynka – ludzie ci i łóŜeczko moje zabierają, i tę kołderkę, którąś mi sama zrobiła! Ja nie chcę, aby oni to zabierali! Odbierz, mamo, od nich łóŜeczko moje i kołderkę. Za całą odpowiedź kobieta przycisnęła silniej do kolan głowę płaczącego dziecka, oczy jej czarne, piękne, zapadłe nieco, suche były znowu, blade, delikatne usta zwarte i milczące. Ładne dziecięce łóŜeczko owo było juŜ ostatnim z wyniesionych sprzętów. Otworzono na ościeŜ bramę, wozy naładowane sprzę- tami wjechały w ładną ulicę, za nimi odeszli tragarze, niosąc na barkach resztę cięŜarów, a zza szyb kilku sąsiednich okien pozni- kały głowy ludzkie, ciekawie dotąd na dziedziniec wyglądające. 8 Ze wschodów zstąpiła młoda dziewczyna w okryciu i kapelu- szu i stanęła przed kobietą w Ŝałobie. – Pani – rzekła – załatwiłam juŜ wszystko... zapłaciłam, komu było potrzeba... oto jest reszta pieniędzy... Mówiąc to, młoda dziewczyna podawała kobiecie w Ŝałobie mały zwój asygnat. Kobieta z wolna zwróciła twarz ku niej. – Dziękuję ci, Zosiu – rzekła cicho – byłaś dla mnie bardzo dobrą. – Pani to byłaś zawsze dobrą dla mnie – zawołała dziewczyna – słuŜyłam u pani cztery lata i nigdzie nie było mi i nie będzie juŜ lepiej jak u pani. Rzekłszy to, przeciągnęła po oczach zwilŜonych łzami rękę, na której znaczne były ślady igły i Ŝelazka, ale kobieta pochwyciła rękę tę zgrubiałą i uścisnęła ją silnie w swych białych drobnych dłoniach. – A teraz, Zosiu – rzekła – bądź zdrowa... – Ja panią odwiozę do nowego mieszkania – zawołała dziew- czyna – zaraz zawołam doroŜki. W kwadrans po tej rozmowie dwie kobiety i dziecię wysiadały z doroŜki przed jedną z kamienic przy ulicy Piwnej stojących. Kamienica to była wąska od frontu, ale wysoka, trzypiętrowa, pozór miała stary i dość smutny. Mała Jancia szeroko otwartymi oczami patrzyła na ściany i okna budowy. – Mamo, czy tu mieszkać będziemy? – Tu, moje dziecko – cichym zawsze głosem odparła kobieta w Ŝałobie i zwróciła się do stojącego w bramie stróŜa: – Proszę pana o klucz do mieszkania, które dwa dni temu najęłam. – A! na facjatce zapewne – odparł stróŜ i dodał: – Niech pani idzie na górę, otworzę zaraz. Z małego kwadratowego podwórka, z dwóch stron otoczone- go ślepym murem ceglastej barwy, a z dwóch innych starymi, drew- nianymi drwalniami i spichrzami, kobiety i dziecię weszły na wschody wąskie, ciemne i brudne. Młoda dziewczyna wzięła dzie- cię w objęcia i poszła przodem, kobieta w Ŝałobie z wolna postę- powała za nią. Izba, której drzwi stróŜ otworzył, była dość obszerna, ale niska 9 i ciemna, jedno niewielkie okienko, otwierające się nad dachem, źle ją oświetlało, sufit, pochylający się z góry na dół w ukośnej linii, zdawał się uciskać ściany, od których wiał wilgotny zapach wapna, jakim świeŜo je znać pobielono. W kącie obok pieca z prostej cegły był tam niewielki komin do gotowania, naprzeciw pod jedną ze ścian stała niewielka szafka, dalej jeszcze łóŜko bez poręczy, kanapka podartym perkalem obi- ta, stół na czarny kolor umalowany i kilka Ŝółtych krzesełek ze słomianą siatką, w części porwaną i wklęsłą. Kobieta w Ŝałobie zatrzymała się chwilę na progu, orzuciła izbę powolnym spojrzeniem, po czym postąpiwszy kilka kroków, opu- ściła się na kanapkę. Dziecię stanęło przy matce i nieruchome, blade wodziło doko- ła oczami, w których malowały się zdziwienie i przestrach. Młoda dziewczyna odprawiła doroŜkarza, który wniósł do izby dwa małe tłomoczki, i krzątać się zaczęła koło uporządkowania rzeczy z tłomoczków wyjętych. Nie było ich wiele, porządkowanie więc trwało krótko. Dziew- czyna, nie zdejmując okrycia i kapelusza, ułoŜyła w jednym z tło- moczków parę sukienek dziecinnych i troszkę bielizny, drugi wy- próŜniony usunęła w kąt izby, łóŜko zasłała dwoma poduszkami i wełnianą kołdrą, u okna zawiesiła białą firankę, w szafie ustawiła kilka talerzy i garnuszków, dzbanek gliniany do wody, takąŜ mied- nicę, mosięŜny lichtarz i mały samowarek. Uczyniwszy to wszyst- ko, wzięła jeszcze zza pieca wiązkę drewek i rozpaliła na kominie wesoły ogień. – Ot, tak – rzekła, powstając z klęczek i twarz zarumienioną od rozdmuchiwania płomienia zwracając ku nieruchomej kobie- cie – rozpaliłam ogień i zaraz tu będzie pani cieplej i widniej. Drze- wo na opał – mówiła dalej – znajdzie pani za piecem, będzie tam tego pewnie na jakie dwa tygodnie, suknie i bielizna w tłomoku, naczynia kuchenne i kredensowe w szafie, świeca wprawiona w lich- tarz takŜe w szafie. Mówiąc to, poczciwa sługa zdobywała się widocznie na ton wesoły, ale uśmiech zsuwał się z ust jej, a oczy napływały łzami. – A teraz – rzekła ciszej, składając ręce – a teraz, pani moja, trzeba mi juŜ iść! Kobieta w Ŝałobie podniosła głowę. – Trzeba ci juŜ iść, Zosiu – powtórzyła – to prawda – dodała, 10 rzucając spojrzenie za okno – zmierzchać juŜ zaczyna... będzie ci straszno iść wieczorem przez miasto. – O, nie to, droga pani! – zawołała dziewczyna – ja dla pani poszłabym w noc najciemniejszą na koniec świata... ale... nowi moi państwo jutro bardzo rano wyjeŜdŜają z Warszawy i kazali mi przyjść przed zmrokiem. Muszę iść, bo będę im dziś jeszcze po- trzebną... Przy ostatnich wyrazach młoda słuŜąca schyliła się i ująwszy białą rękę kobiety, chciała podnieść ją do ust. Ale kobieta podnio- sła się nagle i oba ramiona zarzuciła na szyję dziewczyny. Obie płakały, dziecię rozpłakało się takŜe i obiema rączkami pochwyci- ło sukienne okrycie słuŜącej. – Nie idź, Zosiu! – wołała Jancia – nie idź! tu tak straszno jakoś, tak smutno! Dziewczyna całowała dawną panią swoją w ramiona i w ręce, przyciskała do piersi płaczące dziecię. – Muszę, muszę iść! – powtarzała, łkając – mam biedną matkę i małe siostry, muszę dla nich pracować... Kobieta w Ŝałobie podniosła twarz bladą i wyprostowała wiotką kibić. – I ja takŜe, Zosiu, pracować będę – wyrzekła głosem pewniej- szym niŜ ten, którym przemawiała dotąd – i ja mam dziecię, na które pracować powinnam... – Niech Pan Bóg cię nie opuszcza i błogosławi, dobra, droga pani moja! – zawołała młoda słuŜąca i raz jeszcze ucałowawszy ręce matki i zapłakaną twarzyczkę dziecka, nie oglądając się, wy- biegła z izby. Po wyjściu dziewczyny zrobiła się w izbie wielka cisza, przery- wana tylko trzaskiem ognia palącego się na kominie i gwarem ulicy głucho i niewyraźnie dochodzącym na wysokie poddasze. Kobieta w Ŝałobie siedziała na kanapce, dziecko płakało zrazu, potem przy- tuliło się do piersi matki, ucichło i zmęczone usnęło. Kobieta wsparła głowę na dłoni, ramieniem opasała drobną kibić śpiącego na kola- nach jej dziecięcia i nieruchomymi oczami wpatrzyła się w migotli- wy blask płomienia. Z odejściem wiernej i przywiązanej sługi ode- szła od niej ostatnia twarz ludzka, która była świadkiem jej prze- szłości, ostatnia podpora, pozostała jej po zniknięciu wszystkiego, co wprzódy słuŜyło jej wsparciem, pomocą i usługą. Pozostała te- raz sama, oddana na moc losu, trudy samotnej doli, siłę własnych 11 dłoni i głowy, a z nią razem była tylko ta mała, słaba istotka, która mogła tylko przy piersi jej szukać spoczynku, od ust Ŝądać piesz- czoty, z dłoni jej wyglądać poŜywienia. Dom jej, niegdyś urządzony dla niej kochającą ręką męŜa, opuszczony przez nią, przyjmował teraz w ściany nowych mieszkańców; dobry, ukochany człowiek, który dotąd otaczał ją miłością i dostatkiem, od kilku dni spoczy- wał w mogile... Wszystko minęło... miłość, dostatek, spokój i pogoda Ŝycia, a jedynym śladem znikłej jak sen przeszłości były dla nieszczęśli- wej kobiety bolesne wspomnienia i to blade, wątłe dziecię, które teraz, otworzywszy oczy ze snu chwilowego, zarzuciło jej rączęta na szyję i drobne usteczka przyciskając do jej twarzy, szepnęło: – Mamo! daj mi jeść! Teraz jeszcze prośba ta nie miała w sobie nic takiego, co by obudzić mogło obawę lub smutek w sercu matki. Wdowa sięgnęła do kieszeni i wydobyła pugilares zawierający kilka asygnat – cały majątek jej i córki. Zarzuciła chustkę na ramiona i powiedziawszy dziecku, aby spokojnie na powrót jej czekało, wyszła z izby. W połowie wschodów spotkała stróŜa, który wiązkę drzewa niósł do jednego z mieszkań znajdujących się na pierwszym piętrze. – Kochany panie – rzekła wdowa uprzejmie i nieco nieśmiało – czy nie mógłbyś pan mi przynieść z jakiego bliskiego sklepiku mle- ka i bułek dla dziecka? StróŜ nie zatrzymując się, słów tych wysłuchał, po czym odwró- cił głowę i odparł z zaledwie tajoną niechęcią: – A kto tam ma czas chodzić po mleko i bułki... Ja tu nie dlatego jestem, abym lokatorom jedzenie przynosił. Wymawiając ostatnie słowa, zniknął za załomem muru. Wdo- wa zstąpiła niŜej. ,,Nie chciał mi oddać przysługi – myślała – bo domyśla się, Ŝe jestem biedną... Tym, od których spodziewa się otrzymać zapłatę, cięŜką wiązkę drzewa poniósł.” Zeszła aŜ na dziedziniec i rozejrzała się dokoła. – A czego to pani tak się ogląda? – zabrzmiał koło niej głos kobiecy, chropowaty i niemiły. Wdowa ujrzała stojącą przed niskimi drzwiczkami znajdujący- mi się w pobliŜu bramy kobietę, której twarzy w zmroku nie rozpo- znawała, ale której krótka spódnica, wielki płócienny czepiec i gru- 12 ba chustka krzywo na plecy zarzucona, a takŜe dźwięk głosu i ton mówienia oznajmiały kobietę z ludu. Wdowa domyśliła się w niej Ŝony stróŜa. – Moja dobra pani – rzekła – czy nie znajdę tu kogo, kto by mi przyniósł mleka i bułek? Kobieta namyślała się chwilkę. – A z którego to piętra? – zapytała – cościś ja pani jeszcze nie znam. – Dziś zamieszkałam na facjatce... – A, na facjatce! To po cóŜ asani gadasz o przynoszeniu ci tam czegoś? nie moŜesz sama pójść do miasta? – Zapłaciłabym za fatygę – szepnęła wdowa, ale Ŝona stróŜa nie słyszała czy udała, Ŝe nie słyszy słów jej, otuliła się lepiej chustką i zniknęła za małymi drzwiczkami. Wdowa stała przez chwilę nieruchoma, nie wiedząc widocz- nie, co czynić i do kogo się juŜ udać, westchnęła i opuściła ręce: po chwili jednak podniosła głowę i wszedłszy w bramę, otworzyła furtkę wiodącą na ulicę. Wieczór nie był jeszcze późny, ale dość ciemny, rzadkie latar- nie źle oświecały ulicę wąską i napełnioną tłumami ludzi; na chod- nikach były szerokie miejsca w zupełnych prawie pogrąŜone cie- niach. Fala chłodnego jesiennego wiatru wpłynęła w bramę przez otwartą furtkę, rzuciła się w twarz wdowy i zakręciła końcami czar- nej jej chustki; turkot doroŜek i gwar zmieszanych rozmów ogłu- szył ją, cienie zalegające chodniki przeraziły. Cofnęła się kilka kro- ków w głąb bramy i stała znowu chwilę ze spuszczoną głową, nagle jednak wyprostowała się i postąpiła naprzód. Przypomniała sobie moŜe dziecko swe, które czekało poŜywienia, albo uczuła, iŜ powinna była zdobyć od woli swej i odwagi to, co odtąd zdoby- wać juŜ jej przyjdzie w kaŜdym dniu, w kaŜdej godzinie. Zarzuciła chustkę na głowę i przestąpiła próg furtki. Nie wiedziała, w której stronie szukać naleŜało sklepiku z wiktuałami. Uszła spory kawał, pilnie przyglądając się wystawom okien sklepowych, minęła parę dystrybucji cygar, jakąś kawiarnię, jakiś sklep z bławatnymi towa- rami i wróciła. Nie śmiała dalej zapuszczać się w ulicę ani prosić kogo o objaśnienie. Udała się w inną stronę. Po kwadransie wra- cała z kilku bułkami w białej chusteczce. Mleka nie przynosiła: nie było go w sklepiku, w którym znalazła bułki. Nie chciała, nie mo- gła szukać dłuŜej, niespokojną była o dziecię, wracała szybko, biegła 13 prawie. Była juŜ o kilka kroków od bramy, gdy tuŜ za sobą usłysza- ła głos męski nucący piosenkę: ,,Stój, zaczekaj, moja duszko, skąd drobniutką strzyŜesz nóŜką”. Usiłowała w duchu upewnić siebie, Ŝe piosenka nie do niej się stosuje, przyśpieszyła kroku i juŜ dotykała furtki, gdy głos śpiewający przemienił się w mówiący. – Dokąd tak pilno? dokąd? Wieczór piękny! moŜe by trochę pospacerować! Bez tchu, drŜąca cała z trwogi i obrazy, młoda wdowa wpadła w bramę i furtkę za sobą zatrzasnęła. W parę minut potem Jancia widząc wchodzącą do izby matkę, rzuciła się ku niej tuląc się w jej objęcia. – Tak długo nie wracałaś, mamo! – zawołała, ale nagle umilkła i wpatrzyła się w matkę. – Mamo, ty znowu płaczesz i znowu wyglądasz tak... tak jak wtedy, gdy ojca wynoszono w trumnie z naszego mieszkania. Młoda kobieta drŜała w istocie całym ciałem, łzy obfite płynęły po rozognionych jej policzkach. To, co przeniosła przez kwadrans wycieczki swej na miasto, walka z trwoŜliwością własną, szybki bieg po śliskiej ulicy śród tłumu ludzi i zimnych fal wichru, obelga nade wszystko, doznana od nieznanego wprawdzie człowieka, ale doznana po raz pierwszy w Ŝyciu, wstrząsnęły znać nią do głębi. Znać było jednak, Ŝe postanowiła zwycięŜać samą siebie na kaŜ- dym kroku, bo szybko uspokoiła się, otarła łzy, pocałowała dziec- ko i rozniecając ogień na kominie, rzekła: – Przyniosłam ci bułek, Janciu, a teraz nastawię samowar i urzą- dzę herbatę. Wzięła z szafy gliniany dzbanek i zaleciwszy dziecku ostroŜ- ność z ogniem, zeszła znowu na dziedziniec ku studni. Wróciła niebawem zdyszana i zmęczona, z ramieniem uginającym się pod cięŜarem dzbanka napełnionego wodą; nie spoczęła jednak ani chwili, tylko zaraz wzięła się do nastawiania samowaru. Czynność ta, którą spełniała widocznie po raz pierwszy w Ŝyciu, szła jej z trudnością, niemniej przeto w niespełna godzinę herbata była wypitą, Jancia rozebraną i uśpioną. Równy, cichy oddech dziec- ka oznajmiał sen spokojny, z bladej twarzyczki zniknęły ślady łez, tak obficie przez dzień cały wylewanych. Ale młoda matka nie spała; w Ŝałobnej sukni swej, z rozpusz- czonymi czarnymi warkoczami, z twarzą opartą na dłoni, siedziała 14 nieruchoma naprzeciw dogasającego ogniska i myślała. Zrazu gryzą- ca boleść sfałdowała białe czoło jej w kilka zmarszczek głębokich, oczy zaszły łzami, pierś podnosiła się cięŜkim westchnieniem. Po chwili jednak wstrząsnęła głową, jakby odpędzić chciała oblegające ją tłumy Ŝalów i obaw, powstała, wyprostowała kibić i rzekła z cicha: – Nowe Ŝycie! Tak, kobieta ta, młoda, piękna, z białymi rękami i wiotką kibi- cią, wstępowała w nowe dla siebie Ŝycie, dzień ten miał być dla niej początkiem nieznanej przyszłości. JakąŜ była jej przeszłość? * Przeszłość Marty Świckiej krótką była ze względu na lata, prostą ze względu na wypadki. Marta urodziła się w dworku szlacheckim, niezbyt wspaniałym i bogatym, ale ozdobnym i wygodnym. Posiadłość ojca jej, o kilka mil zaledwie od Warszawy połoŜona, składała się z kilkunastu włók urodzajnej ziemi, kwiecistej, sporą przestrzeń gruntu zajmującej łąki, pięknego brzozowego gaju, który dostarczał opału w zimie i ponętnych przechadzek w lecie, z ob- szernego sadu pełnego drzew owocowych i ładnego domku z sze- ściu frontowymi oknami, wychodzącymi na okrągło wykrojony, gładką murawą zasłany dziedziniec, z zielonymi, wesoło wyglądają- cymi Ŝaluzjami, z gankiem o czterech słupach, na które pięły się fasole z pąsowym kwieciem i powoje o bujnych liliowych kielichach. Nad kolebką tedy Marty słowiki śpiewały i stare lipy powaŜny- mi czołami powiewały, róŜe kwitły i kłosy pszeniczne fale złota toczyły. Pochylała się teŜ nad nią piękna twarz matki i gorącymi pocałunkami okrywała czarnowłosą główkę dziecięcia. Matka Marty była kobietą piękną i dobrą, ojciec człowiekiem ukształconym i takŜe dobrym. Jedyne dziecię rodziców tych wzra- stało śród miłości ludzi i pieszczot dostatku. Pierwszą boleścią, która spadła na bezchmurne dotąd Ŝycie pięknej, wesołej, hoŜej dziewczyny, była utrata matki. Marta miała wtedy lat szesnaście, rozpaczała czas jakiś, tęskniła długo, ale mło- dość balsam gojący połoŜyła na pierwszą ranę jej serca, rumieńce odkwitły na jej twarzy, wesołość, nadzieje i marzenia wróciły. 15 Inne przecieŜ klęski nadeszły wkrótce. Ojciec Marty w części nieopatrznością własną, a głównie wskutek zaszłych w kraju zmian ekonomicznych ujrzał się zagroŜonym utratą swej posiadłości. Zdrowie jego zachwiało się, przewidywał zarówno upadek swej fortuny, jak bliski koniec Ŝycia. Los jednak Marty zdawał się juŜ wtedy zabezpieczonym. Kochała i była kochaną. Jan Świcki, młody urzędnik zajmujący dość wysoką juŜ posadę w jednym z biur rządowych w Warszawie, pokochał piękną czar- nooką pannę i wzbudził w niej wzajemne uczucie szacunku i mi- łości. Ślub Marty o kilka tygodni zaledwie poprzedził śmierć jej ojca. Zrujnowany szlachcic, który niegdyś marzył moŜe dla jedy- naczki swej o świetniejszym losie, z radością składał dłoń jej w rę- kę niemajętnego, lecz pracowitego człowieka; myśląc, iŜ wraz z odejściem Marty od ślubnego ołtarza przyszłość jej otrzymała dostateczne ochrony od cierpień samotności i niebezpieczeństw ubóstwa, umarł spokojnie. Marta po raz drugi w Ŝyciu spotkała się z wielką boleścią, ale tym razem koiła ją nie tylko juŜ sama młodość, ale i miłość Ŝony, a potem matki. Piękne miejsce jej rodzinne zostało dla niej na zawsze straconym, przeszło w ręce ludzi obcych, ale natomiast ukochany i kochający mąŜ śród gwaru miejskiego usłał jej miękkie, ciepłe, wygodne gniazdo, w którym wkrótce ozwał się srebrzysty głos dziecięcia. Śród uciech i obowiązków rodzinnych pięć lat zeszło dla mło- dej kobiety szczęśliwie i szybko. Jan Świcki pracował sumiennie i umiejętnie, pobierał znaczną płacę, dość znaczną, aby móc otoczyć kobietę, którą kochał, wszystkim, do czego od kolebki przywykła, co stanowić mogło urok kaŜdej chwili, spokój kaŜdego jutra. KaŜdego? Nie! NajbliŜ- szego tylko. Jan Świcki nie był dość opatrznym, aby myśleć o dal- szej przyszłości z najmniejszym choćby uszczerbkiem dla pory obecnej. Młody, silny, pracowity, liczył na młodość swą, siłę i pracowi- tość, myśląc, iŜ skarby te nie wyczerpią się nigdy. Wyczerpały się jednak zbyt prędko. MąŜ Marty uległ chorobie cięŜkiej i nagłej, z której nie uratowały go rady lekarzy ani starania zrozpaczonej Ŝony. Umarł. Wraz ze śmiercią jego skończyło się nie tylko szczę- ście domowe Marty, ale usunęła się spod stóp jej podstawa mate- rialnego jej bytu. 16 Nie na zawsze więc ślubny ołtarz uratował młodą kobietę od cierpień samotności i niebezpieczeństw ubóstwa. Stary jak świat aksjomat opiewający, Ŝe nic nie ma stałego na świecie, sprawdził się na niej o tyle, o ile jest prawdziwym. Nie jest on bowiem praw- dziwym w zupełności. Wszystko, co z zewnątrz ku człowiekowi przybywa, mija i mieni się dokoła niego pod wpływem tych tysięcz- nych prądów i zagmatwień, jakimi postępują, w jakie wiąŜą się społeczne stosunki i ustawy, pod wpływem częstokroć najstrasz- niejszym, bo najmniej przewidzieć i obrachować się dającym, śle- pego trafu. Ale los człowieka na ziemi byłby w istocie poŜałowania godnym, gdyby cała moc, wszystkie bogactwa i rękojmie jego za- wierały się w tych tylko Ŝywiołach zewnętrznych, zmiennych i umkli- wych jak fale wodne, poddane rozkazom wichrów. Tak, nic nie ma stałego na ziemi prócz tego, co człowiek posiada we własnej piersi i głowie: prócz wiedzy, która wskazuje drogi i uczy stąpać po nich, prócz pracy, która rozjaśnia samotność i odŜegnywa nędzę, prócz doświadczenia, które naucza, i wysoko podniesionych uczuć, które od złego chronią. I tu jeszcze stałość względną jest zapew- ne, łamie je posępna, lecz niezłomna potęga choroby i śmierci. Ale dopóki niewzruszenie i prawidłowo trwa i rozwija się ten proces ruchu, myśli i uczuć ludzkich, który zwie się Ŝyciem, póty człowiek nie rozstaje się z samym sobą, poty sam sobie słuŜy, dopomaga, stale podpiera się tym, co uzbierać sobie zdołał w przeszłości, co słuŜy mu oręŜem w walce z zawikłaniami Ŝycia, ze zmiennością losu, z okrucieństwem trafu. Martę zawiodło i opuściło wszystko, co przybywając z zewnątrz przyjaznym jej było dotąd i opiekuńczym. Los, jakiemu uległa, nie był wcale wyjątkowym losem, nieszczęście jej nie wzięło źródła z dziwnej jakiejś, niepospolitej przygody, ze zdumiewającej jakiejś, w rocznikach ludzkości rzadko pojawiającej się katastrofy. Ruina i śmierć odgrywały dotąd w Ŝyciu jej rolę niszczycielek spokoju i szczęścia. CóŜ pospolitszego wszędzie, cóŜ mianowicie w spo- łeczeństwie naszym pospolitszego nad pierwszą? co konieczniej- szego, częstszego, bardziej nieuniknionego nad drugą? Marta spotkała się oko w oko z tym, z czym spotykają się milio- ny ludzi, miliony kobiet. KtóŜ w Ŝyciu swym po wielokroć nie na- potkał ludzi płaczących nad wodami Babilonu opływającymi gru- zy utraconej fortuny? Kto zrachuje, ile razy w Ŝyciu swym patrzał na szatę wdowią, na blade twarze i łzami zmęczone oczy sierót? 17 Wszystko więc, co towarzyszyło dotąd Ŝyciu młodej kobiety, rozstało się z nią, umknęło od niej, ale ona nie rozstała się z samą sobą. Czym mogła być sama dla siebie samej? co uzbierać sobie zdołała w przeszłości? jakie oręŜe wiedzy, woli, doświadczenia słuŜyć jej mogły w walce z zawikłaniami społecznymi, biedą, tra- fem, samotnością? W pytaniach tych mieściła się zagadka jej przy- szłości, kwestia Ŝycia i śmierci jej, i nie tylko jej, ale jeszcze i jej dziecka. Materialnie młoda matka ta nie posiadała nic albo prawie nic. Paręset złotych, pozostałe ze sprzedaŜy sprzętów po opłaceniu drobnych długów i kosztów pogrzebu męŜa, trochę bielizny, dwie suknie – stanowiły cały jej majątek. Klejnotów wielkiej ceny nie miała nigdy; te, które miała, spienięŜone przez nią w czasie choro- by męŜa, zapłaciły nadaremne rady lekarskie i równieŜ nadaremne leki. Ubogie nawet sprzęty napełniające nowe jej siedlisko nie były jej własnością. Wynajęła je razem z izbą na poddaszu, za uŜywanie ich, równieŜ jak za izbę, płacić obowiązała się z kaŜdym pierw- szym dniem kaŜdego miesiąca. Była to teraźniejszość smutna zapewne, naga, ale wyraźnie juŜ określona. Nieokreśloną pozostawała przyszłość. Trzeba ją było zdobyć, stworzyć niemal. Czy młoda, piękna ta kobieta ze smukłą kibicią, białymi rękami i jedwabistym kruczym włosem, opływającym kształtną głowę, po- siadała jaką siłę zdobywczą? czy z przeszłości swej wyniosła co- kolwiek, z czego by stworzyć mogła przyszłość? Myślała o tym, siedząc na niskim drewnianym stołku przed Ŝarzącymi się węglami ogniska. Oczy jej z wyrazem niewymownej miłości tkwiły w dzie- cięcej twarzyczce, spokojnie uśpionej śród bieli poduszek. – Dla niej – wymówiła po chwili – dla siebie, na chleb, na dach, na spokój pracować będę! Stanęła przed oknem. Noc była ciemna, Marta nie widziała nic: ani stromych dachów, które jeŜyły się poniŜej wysokiego pod- dasza mnóstwem wschodów i załomów, ani ciemnych, zakopco- nych kominów nad dachami sterczących, ani latarni ulicznych, których mętne blaski nie dosięgały wysokości jej okienka. Nie wi- działa nawet nieba, bo pokryte było chmurami i nie świeciło Ŝadną gwiazdą. Ale gwar wielkiego miasta dochodził uszu jej nieustan- nie, choć nocny, ogłuszający, choć stłumiony odległością. Pora nie była zbyt późną; na szerokich, wspaniałych ulicach zarówno jak 18 śród ciasnych i mrocznych uliczek ludzie chodzili jeszcze, jeździli, gonili za przyjemnością, szukali zysku, biegli tam, gdzie wzywała ich ciekawość myśli, rozkosz serca lub nadzieja zdobyczy. Marta opuściła czoło na splecione ręce i zamknęła oczy. Wsłu- chiwała się w tysiączne głosy, zlane w jeden głos olbrzymi i choć niewyraźny, monotonny, a jednak pełen gorączkowych wybuchów, nagłych uciszeń się, głuchych wykrzyków i tajemniczych szmerów. Wielkie miasto stanęło przed oczami wyobraźni jej w kształcie olbrzymiego ula, w którym poruszało się, wrzało Ŝyciem i gonitwą mnóstwo istot ludzkich. KaŜda z istot tych posiadała miejsce, na którym pracowała, i to, na którym spoczywała, cele, do jakich dąŜy- ła, narzędzia, jakimi drogę sobie torowała śród tłumu. Jakim bę- dzie dla niej, dla biednej, w bezbrzeŜną samotność strąconej ko- biety, miejsce pracy i spoczynku? kędy ten cel, do którego podąŜy ona? skąd wezmą się oręŜe, które utorują drogę ubogiej i opusz- czonej? A takŜe jakimi będą dla niej te istoty ludzkie, które tam tak gwarzą nieustannie, z których oddechu powstaje ten szmer go- rączkowy, w którego to podnoszących się, to opadających falach ona teraz słuch swój zatapia? BędąŜ one dla niej sprawiedliwymi lub okrutnymi, litościwymi lub miłosiernymi? OtworząŜ się przed krokami jej te ściśle zwarte falangi tłoczące się ku szczęściu i do- brobytowi lub zewrą się ściślej jeszcze, aby nowoprzybyła nie zwę- ziła im miejsca, nie ubiegła której z nich w mozolnej gonitwie? Jakie ustawy i obyczaje przyjaznymi jej będą, a jakie wrogimi, i któ- rych więcej będzie, pierwszych czy drugich? Nade wszystko zaś, nade wszystko – potrafiŜ ona sama przezwycięŜać Ŝywioły wrogie, wyzyskiwać przyjazne, kaŜdą chwilę, kaŜde uderzenie serca, kaŜdą myśl przelatującą przez głowę? kaŜde drgnienie poruszające fi- brami ciała skupić w jedną moc rozumną, wytrwałą, niespoŜytą, w moc taką, jaka jedynie odegnać zdoła nędzę, zabezpieczyć od poniŜenia się godność człowieka, uchronić od bezowocnych bó- lów, rozpaczy i – śmierci głodowej? W pytaniach tych skupiła się cała dusza Marty. Wspomnienia rozkoszne i zarazem gryzące, wspomnienia kobiety, która niegdyś, hoŜym i wesołym będąc dziewczęciem, lekkimi stopami deptała świeŜą murawę i barwne kwiecie rodzinnej wioski, potem u boku ukochanego męŜa pędziła dnie szczęśliwe, wolne od trosk i smut- ków, a teraz we wdowiej szacie stała u małego okienka poddasza, z bladym czołem opuszczonym na załamane dłonie – wspomnie- 19
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Marta
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: