Cyfroteka.pl

klikaj i czytaj online

Cyfro
Czytomierz
00518 007281 19968921 na godz. na dobę w sumie
Jezus z mojego osiedla - ebook/pdf
Jezus z mojego osiedla - ebook/pdf
Autor: Liczba stron: 241
Wydawca: Goneta Język publikacji: polski
ISBN: 978-83-62041-19-0 Data wydania:
Lektor:
Kategoria: ebooki >> obyczajowe >> powieść
Porównaj ceny (książka, ebook, audiobook).

„Jezus z mojego osiedla” jest opowiadaniem, zawierającym wiele z
przeżyć pana Wójcika. Jego opisy „osiedla”, małych miasteczek, zwyczajów i
zaściankowości takich miejsc jest bardzo realistyczny. Opowiadanie niniejsze
nie jest żadnym kolejnym tekstem na tle religijnym. Mówi o prostocie uczuć,
zwyczajach, miłości do przyrody, wiary w dobroć człowieka i pogoni za
spokojem od cywilizacji i blichtru komercji. Jezus to szczupły chłopak, który
swoją posturą przypomina samego wielkiego proroka. Do tego okazuje się, że
ma zdolności paranormalne — może uzdrawiać ludzi. Nie chce sławy, jest
cichym, spokojnym i prostolinijnym człowiekiem. Ma wolny zawód, może
poruszać się kiedy chce i dokąd chce. W końcu trafia do miasteczka, gdzie
odnajduje przyjaciół i pierwszą swoją miłość. Jest w tej książce też element
sensacyjny, z pogranicza fantasy. A powodem tej sensacyjności jest właśnie
inność Jezusa.
Ciekawy jest sposób prowadzenia narracji trzech osób. Pozwala to na
pełniejsze poznanie historii z różnych stron. Dialogi są bardzo zwięzłe w swoim
wyrazie, nie ma przy nich opisów, co powoduje, że całość czyta się jednym
tchem.
„Jezus z mojego osiedla” jest debiutem literackim pana Roberta Wójcika.

 

 

Znajdź podobne książki Ostatnio czytane w tej kategorii

Darmowy fragment publikacji:

Nie wiem, sk(cid:261)d on si(cid:266) nagle pojawił. To było wieczorem. Stałem jak zwykle pod sklepem spo(cid:298)ywczym z moimi kumplami i dyskutowali(cid:286)my zawzi(cid:266)cie o niczym. Wygl(cid:261)dał zupełnie normalnie. (cid:285)redniego wzrostu, szczupły, jaki(cid:286) dziwnie delikatny z długimi ciemnobr(cid:261)zowymi, prostymi włosami i kilkudniowym zarostem w kolorze czarnym. Obserwowałem go. Ubrany był troch(cid:266) po wojskowemu — kurtka ameryka(cid:276)skiej piechoty morskiej, d(cid:298)insowe spodnie i br(cid:261)zowe trzewiki. Wszedł do sklepu, kupił par(cid:266) batonów, wyszedł i spokojnie oparty o futryn(cid:266) zacz(cid:261)ł zajadać słodycze. Nagle pojawił si(cid:266) tak zwany osiedlowy idiota. Taki palant i recydywa, pospolity dure(cid:276), menel i pijaczyna, ale te(cid:298) bardzo niebezpieczny facet, dobrze potrafił si(cid:266) bić. Spojrzał na nieznajomego i zagadn(cid:261)ł: — Sk(cid:261)d jeste(cid:286)? — Stamt(cid:261)d. — A w ryja chcesz? — Za co? — A za gówno! Dawaj szmal! — Ile? — Wszystko! — A dlaczego?! — Bo w mord(cid:266)! — Daj spokój, id(cid:296) w swoj(cid:261) stron(cid:266), człowieku. Nie szukam zaczepki. — Dawaj szmalec! — Nie. No i stało si(cid:266). Gdula — tak si(cid:266) nazywał ten idiota — chciał dać w mord(cid:266) nieznajomemu. Ten był szybki, błyskawicznie odsun(cid:261)ł si(cid:266) od sklepowego okna. Napastnik, niestety, miał pecha, poniewa(cid:298) jego niedoszła ofiara stała przed betonowym filarem. Rozległ si(cid:266) chrz(cid:266)st łamanej ko(cid:286)ci i Gdula stracił r(cid:266)k(cid:266), padł przy tym na ziemi(cid:266) i tarzał si(cid:266) z bólu. A nowy spokojnie oparł si(cid:266) o wystaw(cid:266) i jadł dalej batona, na naszego osiedlowego bandyt(cid:266) nawet nie spojrzał. W ko(cid:276)cu Gdula si(cid:266) podniósł i zwyczajnie uciekł. Wtedy do mnie przyku(cid:286)tykał mój młodszy brat. Specjalnie mówi(cid:266) przyku(cid:286)tykał, Marek — tak młody miał na imi(cid:266) — od dziecka kulał, nie wiadomo dlaczego. Było to przyczyn(cid:261) jego osobistych kompleksów i tragedii naszej matki, która o wszystko, co złe obwiniała siebie. — Mama ci(cid:266) woła na kolacj(cid:266). — Co? Ju(cid:298)? — Tak. Kto doło(cid:298)ył Gduli? — Chłopak z długimi włosami. — Ten pod sklepem? — Tak, ten w wojskowej kurtce. Wtedy dokonał si(cid:266) pierwszy cud. Tak to dzisiaj nazywam. Młody podszedł do Jezusa — tak(cid:261) dali(cid:286)my mu ksyw(cid:266) — i podzi(cid:266)kował za spranie Gduli. Brzmiało to mniej wi(cid:266)cej tak: — Ty jeste(cid:286) ten nowy, co dokopał Gduli? — Nikogo nie pobiłem. — Niewa(cid:298)ne. Ten dra(cid:276) od dziecka mi dokuczał. Teraz długo b(cid:266)dzie lizał połaman(cid:261) r(cid:266)k(cid:266). Dzi(cid:266)kuj(cid:266). Niech i on troch(cid:266) si(cid:266) pom(cid:266)czy. — To niedobrze cieszyć si(cid:266) z ludzkiego cierpienia. 4 — A ja, widzisz, nie mog(cid:266) dobrze chodzić od dziecka. Mało to razy si(cid:266) poryczałem z powodu kalectwa? — Noga? — Tak, całe biodro. — Mog(cid:266) obejrzeć? — Jeste(cid:286) lekarzem? — Być mo(cid:298)e... znam si(cid:266) troch(cid:266) na tym. Wtedy nowy starannie poogl(cid:261)dał nog(cid:266), biodro, pouciskał w odpowiednich miejscach i mój brat przestał kuleć. O mało nie zwariował ze szcz(cid:266)(cid:286)cia. Nie było innego wyj(cid:286)cia, zaprosili(cid:286)my Jezusa na kolacj(cid:266). Mamy du(cid:298)e mieszkanie, cztery pokoje, nas jest dwóch, mama, ojciec, wolny pokój został dla naszego nowego uzdrowiciela. Matka o mało nie oszalała ze szcz(cid:266)(cid:286)cia, ojciec równie(cid:298) był w szoku, Jezus usiadł przy stole, wcze(cid:286)niej starannie umył r(cid:266)ce i twarz, mówił niewiele, jakby zdawkowo. Wreszcie, kiedy ochłon(cid:261)ł pierwszy zachwyt jego cudem, spytał: — Czy jeste(cid:286)cie pa(cid:276)stwo wierz(cid:261)cy? — Tak, oczywi(cid:286)cie. Chodzimy co tydzie(cid:276) do ko(cid:286)cioła. — Ale jeste(cid:286)cie wierz(cid:261)cy? — Zdecydowanie tak. — Wobec tego, czy mog(cid:266) odmówić modlitw(cid:266) przed posiłkiem? — Jak najbardziej. Nieco zawstydzeni spojrzeli(cid:286)my po sobie. Na dobr(cid:261) spraw(cid:266) modlitw(cid:266) przed posiłkiem odmawiali(cid:286)my dwa razy do roku, na Wielkanoc i Bo(cid:298)e Narodzenie. Teraz modlimy si(cid:266) codziennie. Jezus wstał, my zaraz za nim. Wtedy usłyszałem najpi(cid:266)kniejsz(cid:261) modlitw(cid:266) w moim (cid:298)yciu. Nigdy ju(cid:298) nikt w mojej obecno(cid:286)ci takich słów nie wypowiedział. Do dzisiaj wspominam to wydarzenie ze łzami w oczach: — Dzi(cid:266)kujmy stwórcy za pi(cid:266)kny poranek utkany wiosennymi mgłami niczym obrazy doskonało(cid:286)ci, dzi(cid:266)kujmy Stwórcy za przyjaciół, którzy pomog(cid:261) nam w trudzie (cid:298)ycia, za rado(cid:286)ć i u(cid:286)miech na ich twarzach, na koniec podzi(cid:266)kujmy za dar (cid:298)ycia jaki nas otacza, za braci ludzi, za zwierz(cid:266)ta, ptaki i drzewa, które pomagaj(cid:261) nam przetrwać ci(cid:266)(cid:298)kie chwile i za to, (cid:298)e nasz przyjaciel został dzi(cid:286) uzdrowiony, on i jego młoda, czysta dusza. — Amen!!! Stali(cid:286)my tak oczarowani tymi słowami. Jezus potrafi mówić. Nasz proboszcz to przy nim degenerat i grubas, zreszt(cid:261) niewa(cid:298)ne, do dzi(cid:286) modl(cid:266) si(cid:266) tymi słowami, nie klepi(cid:266) ju(cid:298) tych formułek wyuczonych w dzieci(cid:276)stwie. Straciły sens. Ot... tak nagle. — Pi(cid:266)knie to powiedziałe(cid:286). — Dzi(cid:266)kuj(cid:266). — Byłe(cid:286) w seminarium duchownym? — Nie. Nigdy nie miałem nawet takich planów. — Jeste(cid:286) poet(cid:261)? — Sam nie wiem... — W ka(cid:298)dym b(cid:261)d(cid:296) razie uzdrowiłe(cid:286) naszego syna. — To nie ja. — A kto? — Jego pi(cid:266)kna i wzniosła wiara, nic wi(cid:266)cej. Zapanowała cisza. Ojciec przestał zadawać pytania. Chyba go ju(cid:298) całkiem zatkało. W ka(cid:298)dym b(cid:261)d(cid:296) razie, starsi stwierdzili, (cid:298)e za uzdrowienie syna Jezus mo(cid:298)e zostać u nas nawet na zawsze. Ten spojrzał na nas tymi swoimi wiecznie zamy(cid:286)lonymi niebieskimi oczami i po raz pierwszy u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266): — Dzi(cid:266)kuj(cid:266). Z ch(cid:266)ci(cid:261) skorzystam. Chwil(cid:266) tu zabawi(cid:266). 5 — Co pan chce robić? — Szukam krewnych. Mieszkaj(cid:261) podobno w tej okolicy, — Zna pan ich nazwiska? — Niestety, nie. Ale odnajd(cid:266) ich, prosz(cid:266) mi wierzyć. — Jaki pan ma zawód? — Jestem filozofem. — Da si(cid:266) z tego (cid:298)yć? — Na chleb mi wystarcza. — A sk(cid:261)d znajomo(cid:286)ć medycyny? — Nie potrafi(cid:266) na to pytanie odpowiedzieć. To takie hobby. Jedli(cid:286)my długo kolacj(cid:266), rozmawiali(cid:286)my jak nigdy wcze(cid:286)niej, (cid:298)adnych kłótni, głupich zło(cid:286)liwo(cid:286)ci. Chciałem, aby Jezus został z nami na zawsze, ale tak si(cid:266) nie stało. Nasz go(cid:286)ć jadł powoli, starannie prze(cid:298)uwaj(cid:261)c ka(cid:298)dy k(cid:266)s, patrzył na nas z u(cid:286)miechem rado(cid:286)ci. Ani razu nie wypowiedział (cid:298)adnego niewła(cid:286)ciwego słowa. Ot... po prostu bardzo przyjemny człowiek. W ci(cid:261)gu jednego wieczoru odmienił nasz(cid:261) rodzin(cid:266), uzdrowił i pokazał, jak wa(cid:298)na jest miło(cid:286)ć i rado(cid:286)ć (cid:298)ycia. Miał przy sobie niewielki plecak. Poprosił mam(cid:266) o wypranie wszystkich rzeczy, poszedł spać w samych spodenkach. Na drugi dzie(cid:276) była sobota, wszyscy mieli wolne. Jezus spał długo. Wreszcie do nas przyszedł ubrany w skromny popielaty dres. Włosy po wcze(cid:286)niejszym długim myciu starannie uczesał w długi kucyk. Usiadł w kuchni przy stole i poprosił o skromne (cid:286)niadanie. Tylko such(cid:261) bułk(cid:266) i herbat(cid:266): — Ale dlaczego pan tylko tak skromnie? — Ob(cid:298)arstwo jest grzechem, a wczorajsza kolacja była dostatnia i smaczna. Nie wolno si(cid:266) przejadać i niszczyć organizmu. — Co racja to racja. — Mam do pa(cid:276)stwa mał(cid:261) pro(cid:286)b(cid:266). Prosz(cid:266) nikomu nie mówić, (cid:298)e to ja wczoraj miałem co(cid:286) wspólnego z uzdrowieniem syna. Taka moja gor(cid:261)ca pro(cid:286)ba. Prosz(cid:266) powiedzieć, (cid:298)e ko(cid:286)ci si(cid:266) naszły, to wszystko. — Ludzie w to nie uwierz(cid:261). — Dlaczego? — Bo tak nagle... — Prosz(cid:266) pani, prosz(cid:266) si(cid:266) nie martwić. Uwierz(cid:261). Miał jak zwykle racj(cid:266). Uwierzyli wszyscy. Nawet lekarze z miejscowego szpitala, którzy do dzi(cid:286) przypisuj(cid:261) sobie ten sukces ku rado(cid:286)ci mojej i reszty rodziny. No, niewa(cid:298)ne. Jezus chciał si(cid:266) rozejrzeć po okolicy i poprosił mnie o pomoc: — Nie ma sprawy. A co chciałby(cid:286) zobaczyć? — Interesuje mnie wszystko, a szczególnie (cid:298)ycie ludzi. — Nie bardzo rozumiem. — To proste, poka(cid:298) mi miasteczko, szkoły, urz(cid:266)dy, ko(cid:286)ciół, zapoznaj mnie z nim. — Tutaj nie ma nic ciekawego. — Jest. Zobaczysz. — Dobra. — A przy okazji opowiesz mi troch(cid:266) o sobie, o swojej rodzinie. — Jak chcesz. Młody mo(cid:298)e i(cid:286)ć z nami? — Nie, niech odpoczywa. — Rozumiem. Poszli(cid:286)my wtedy na długi spacer. Jezusa interesowało wszystko. Dosłownie. Na koniec weszli(cid:286)my do ko(cid:286)cioła: — Podoba ci si(cid:266) tutaj? 6 — Tak. Ko(cid:286)ciół jak ko(cid:286)ciół — wzruszyłem ramionami. — Kapie zlotem i przepychem. — Tak ju(cid:298) jest. — Zgadzasz si(cid:266) z tym? — Czy ja wiem? Nigdy si(cid:266) nad tym nie zastanawiałem. Jestem zwykłym mechanikiem samochodowym. Nie mam takiego bogatego wn(cid:266)trza, jak ty. — No dobrze. A gdyby(cid:286) ty budował ko(cid:286)ciół, to jak on miałby wygl(cid:261)dać? — Przede wszystkim chciałbym, aby był funkcjonalny, wygodny, ogrzewany i z ławkami dla wszystkich. Trudno wystać godzin(cid:266) na marmurowych płytach. — Masz troch(cid:266) racji. — A ty, co ty by(cid:286) zrobił? — Trudne pytanie. — Odpowiedz, jestem ciekawy. Jezus milczał przez dłu(cid:298)sz(cid:261) chwil(cid:266). Wreszcie uwa(cid:298)nie rozejrzał si(cid:266) dookoła i wzruszył charakterystycznie ramionami. Jakby chciał powiedzieć: „to nie ma sensu”. Zmienił temat. Mru(cid:298)(cid:261)c oczy od blasku sło(cid:276)ca wpadaj(cid:261)cego do wn(cid:266)trza ko(cid:286)cioła, stwierdził: — Pi(cid:266)kne witra(cid:298)e. Musiały kosztować maj(cid:261)tek. — Tak. Jaki(cid:286) milion nowych złotych. — Bardzo du(cid:298)o. — Nasz proboszcz ma obsesj(cid:266) na punkcie (cid:286)wiecidełek. — Milion... Mo(cid:298)na by te pieni(cid:261)dze przeznaczyć na pomoc najubo(cid:298)szym parafianom, rodzinom wielodzietnym, dać fundusze na odzie(cid:298), (cid:298)ywno(cid:286)ć, opał. Ile(cid:298) dobrego by to było, ile(cid:298) rado(cid:286)ci i szcz(cid:266)(cid:286)cia. A tymczasem patrzymy na kolorowe szkiełka. — Chyba rozumiem. Chcesz powiedzieć, (cid:298)e to marnotrawienie (cid:286)rodków, (cid:298)e lepiej pomóc innym. — Wiara to miło(cid:286)ć bli(cid:296)niego, tej miło(cid:286)ci brakuje nam wszystkim na co dzie(cid:276). Nie złotych ko(cid:286)ciołów, nie pi(cid:266)knych domów i luksusowych samochodów, ale harmonii, ciepła, miło(cid:286)ci i rado(cid:286)ci. — Troch(cid:266) idealizujesz problem, ale ładnie powiedziane. — Dlaczego my(cid:286)lisz, (cid:298)e idealizuj(cid:266)? — Ludzie to ludzie — dziwkarze, złodzieje, kłamcy i zbocze(cid:276)cy. — To dlaczego chodz(cid:261) do ko(cid:286)cioła? — Nie wiem. — Wła(cid:286)nie. Czasami trzeba si(cid:266) zatrzymać, pomy(cid:286)leć, zastanowić nad (cid:298)yciem, nad sob(cid:261). — Nikt tego nie robi. Nie chce lub nie ma czasu. Przestali(cid:286)my rozmawiać. W tym momencie do wn(cid:266)trza ko(cid:286)cioła weszła staruszka, z jej oczu płyn(cid:266)ły łzy. Jezus zostawił mnie samego podszedł do babci. Pomógł jej usi(cid:261)(cid:286)ć w ławce, po czym kl(cid:266)kn(cid:261)ł obok niej. Słyszałem rozmow(cid:266), niesion(cid:261) przez pust(cid:261) przestrze(cid:276) (cid:286)wi(cid:261)tyni: — Dlaczego pani tak płacze? — Syn miał wypadek, potr(cid:261)cił go samochód, kiedy wracał z pracy na rowerze. — Co z nim? — Nie wiem. Cały połamany... lekarze mówi(cid:261), (cid:298)e umrze — zaszlochała babcia. — Nieprawda — bardzo spokojnie, ale zdecydowanie odparł Jezus. — Jak to? Sk(cid:261)d wiesz? Kim jeste(cid:286)? — Lekarzem duszy. Prosz(cid:266) i(cid:286)ć do szpitala, odwiedzić syna. Ucieszy si(cid:266) na pani widok. Bóg usłuchał twych pró(cid:286)b. Id(cid:296) ju(cid:298), syn na ciebie czeka. 7 — Naprawd(cid:266)? — Id(cid:296)!. Babcia pocałowała Jezusa w r(cid:266)ce, po czym ruszyła co sił do szpitala. To był drugi cud na naszym osiedlu. Ten chłopak wyzdrowiał. Do dzisiaj je(cid:296)dzi rowerem do pracy i ma si(cid:266) dobrze, choć lekarze dawali poszkodowanemu w wypadku jeden procent szans na prze(cid:298)ycie, zakładaj(cid:261)c, (cid:298)e i tak zostanie tzw. warzywem. Wtedy tylko spojrzałem na Jezusa, u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) do mnie i nakazał wyj(cid:286)cie z ko(cid:286)cioła: — S(cid:261)dzisz, (cid:298)e ten chłopak (cid:298)yje? — Tak, ma si(cid:266) nie(cid:296)le. — Jakim cudem? — Jeste(cid:286) człowiekiem w(cid:261)tpi(cid:261)cym, a twoja wiara jest jak delikatna nić, która p(cid:266)ka pod wpływem pierwszego podmuchu wiatru. — To ty go uzdrowiłe(cid:286). — Spójrz na mnie, jestem tylko filozofem. — Bzdura. — Wyd(cid:261)łem wargi. — Trudno ci(cid:266) przekonać. — Widz(cid:266) i obserwuj(cid:266). Według mnie jeste(cid:286) cudotwórc(cid:261). — Niekoniecznie. — Ja tam swoje wiem. Wówczas nie wszystko rozumiałem. Traktowałem Jezusa jako co(cid:286) oczywistego, normalnego. Miałem dwadzie(cid:286)cia kilka lat i uwa(cid:298)ałem, (cid:298)e (cid:286)wiat nale(cid:298)y do mnie, miałem prac(cid:266), zero obowi(cid:261)zków, (cid:298)adnej (cid:298)ony, dzieci, a moje spojrzenie na (cid:298)ycie było proste, wr(cid:266)cz bajeczne. Koledzy, dziewczyny, alkohol i rado(cid:286)ć — niczego nie przyjmowałem powa(cid:298)nie, nikogo nie traktowałem powa(cid:298)nie, tak było. Idziemy dalej przez osiedle, wchodzimy do sklepiku. Jezusowi chciało si(cid:266) pić. Zdj(cid:261)ł bluz(cid:266) mundurow(cid:261), został w samej koszulce z krótkim r(cid:266)kawem — ale(cid:298) był chudy, sama skóra i ko(cid:286)ci, ale twarz miał delikatn(cid:261) i pi(cid:266)kn(cid:261). Podobał si(cid:266) dziewczynom. Dostrzegłem to wówczas w sklepie, kiedy kupował wod(cid:266) mineraln(cid:261). Podszedł do lady — pracowała tam wtedy Danka, młoda, całkiem niezła dziewczyna, z któr(cid:261) lubiłem ta(cid:276)czyć na dyskotece: — Dzie(cid:276) dobry pani, straszny dzi(cid:286) upał. — Dzie(cid:276) dobry, co podać? — Du(cid:298)(cid:261) butelk(cid:266) gazowanej wody mineralnej, smacznej i zimnej. — Mamy lodówk(cid:266) pod (cid:286)cian(cid:261). Prosz(cid:266) sobie wybrać. — Dzi(cid:266)kuj(cid:266) za ofiarowanie odrobiny wolno(cid:286)ci w zakupach. U(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) do Danki, a ta oczarowana gapiła si(cid:266) na niego jak na zjawisko t(cid:266)czy. Takiego poety i filozofa na osiedlu nie było. Jezus podszedł do szafy lodówkowej i wyci(cid:261)gn(cid:261)ł butelk(cid:266) mineralnej. Natychmiast otworzył i zacz(cid:261)ł chciwie pić. Jednym haustem wytr(cid:261)bił ponad litr. Byłem w szoku. Spokojnie zapłacił i spytał mnie, czy mam ochot(cid:266) na picie. Odmówiłem. Kupiłem sobie col(cid:266) w puszce. Jezus wyszedł na zewn(cid:261)trz, a mi(cid:266)dzy mn(cid:261) a Dank(cid:261) zawi(cid:261)zała si(cid:266) lu(cid:296)na rozmowa: — Co to za jeden? Ciekawie gada. — Znajomy, porz(cid:261)dny go(cid:286)ć, daleki kuzyn. Mieszka u nas, wynajmuje pokój, jest filozofem. — To on wyleczył młodego? — Tak, sk(cid:261)d wiesz? — Całe osiedle o tym gada. — To sprawa lekarzy, a on tylko rozmasował nog(cid:266) i nastawił ko(cid:286)ć. — Serio? — Tak. 8 — E tam... wszyscy mówi(cid:261), ze to cud. — Bzdura. Cudów nie ma. — A słyszałe(cid:286) o tym wypadku dzisiaj rano? — Tak. — Mówili, ze facet nie ma szans, a on odzyskał przytomno(cid:286)ć i okazuje si(cid:266), (cid:298)e nic powa(cid:298)nego mu si(cid:266) nie stało. Być mo(cid:298)e, w tym tygodniu wyjdzie ze szpitala. — Mo(cid:298)liwe. — Przystojny i ładny ma u(cid:286)miech, oczy i białe, idealne równe z(cid:266)by. Zapoznaj mnie z nim — Danka wskazała brod(cid:261) Jezusa. — Daj spokój, Danka. — A co nie jest wolny? — Nie wiem. — Dowiedz si(cid:266), co? — Jasne. Wyszedłem ze sklepu. Nasze osiedle liczy tylko siedem tysi(cid:266)cy mieszka(cid:276)ców, a mo(cid:298)e mniej, nic si(cid:266) nie da ukryć. Ludzie wiedz(cid:261) wszystko, wie(cid:286)ci s(cid:261) szybsze ni(cid:298) (cid:286)wiatłowody. Tak wi(cid:266)c Jezus ju(cid:298) nie był tajemnic(cid:261). Wtedy zdałem sobie spraw(cid:266), (cid:298)e musz(cid:266) go chronić przed lud(cid:296)mi. Stał oparty o drzewo i dopijał wod(cid:266). Na mój widok odwrócił głow(cid:266) i u(cid:286)miechn(cid:261)ł si(cid:266) charakterystycznie, nie(cid:286)miało. — To twoja znajoma? — Tak. — Ładna dziewczyna. — Wiem, mnie si(cid:266) te(cid:298) podoba. — Ciekawe. — Co w tym dziwnego? — Nic, miałem ci(cid:266) za idealist(cid:266). S(cid:261)dziłem, (cid:298)e kobiety ci(cid:266) nie interesuj(cid:261). — Przecie(cid:298) jestem tylko człowiekiem. — Cieszy mnie to. Idziemy dalej. Jezus ma szczególny dar obserwacji, to znaczy widzi to i zachwyca si(cid:266) tym, co dla mnie jest oczywiste, wr(cid:266)cz niezauwa(cid:298)alne, a to jakie(cid:286) drzewo, kwiat, ro(cid:286)lina, ptak, wszystko ma swoje pi(cid:266)kno i urok. Dla mnie to oczywisto(cid:286)ć i tyle. Zbli(cid:298)amy si(cid:266) do ogródków działkowych. Mamy tak(cid:261) niewielk(cid:261) czteroarow(cid:261) działk(cid:266) z altank(cid:261). Obiecałem rodzicom, (cid:298)e dzisiaj j(cid:261) podlej(cid:266). Postanowiłem tam zaprowadzić Jezusa. Jest zachwycony, ja podlewam warzywa, a on opycha si(cid:266) pomidorami i kalarep(cid:261), szcz(cid:266)(cid:286)liwy jak nie wiem co. Na ko(cid:276)cu siadamy na wiklinowych krzesłach na niewielkim tarasie obok altanki. Proponuj(cid:266) Jezusowi zimne piwo. Jest ch(cid:266)tny. W altanie mamy mał(cid:261) star(cid:261) jeszcze sprawn(cid:261) lodówk(cid:266). Zawsze w niej ojciec trzyma zapasy piwa, które latem regularnie staruszkowi opró(cid:298)niam. Nie gniewa si(cid:266), je(cid:286)li o tym powiem i co(cid:286) tam odkupi(cid:266). Kiedy tak siedzimy i pijemy zimne piwo, widz(cid:266) w Jezusie normalnego chłopaka, mniej wi(cid:266)cej w moim wieku: — Dobre, zimne, nie(cid:296)le smakuje. Dawno nie piłem alkoholu. — To nasze regionalne, z dobrej wody. — Niezłe. — Mog(cid:266) ci zadać pytanie? — Prosz(cid:266). — Sk(cid:261)d ty wła(cid:286)ciwie jeste(cid:286)? — Stamt(cid:261)d. 9 Obaj wybuchamy (cid:286)miechem. Nigdy ju(cid:298) Jezusa o to nie pytałem. On nigdy nie wspominał, jako(cid:286) nie było to nam do niczego potrzebne. Wtedy te(cid:298) po raz pierwszy rozmawiali(cid:286)my jak zwykli ludzie: — Wiesz stary, mam kobiet(cid:266), jestem z ni(cid:261) umówiony na dzisiaj, na wieczór, ale spokojnie, załatwimy jak(cid:261)(cid:286) kole(cid:298)ank(cid:266) i nie b(cid:266)dziesz si(cid:266) nudził. — Nie(cid:296)le, kochasz j(cid:261)? — T(cid:266) dziewczyn(cid:266)? — No tak, — Sam nie wiem, znamy si(cid:266) od dziecka, byli(cid:286)my razem na dwóch studniówkach... chyba tak. A dlaczego pytasz? — Interesuje mnie to. — Zboczeniec. Sorry, (cid:298)artowałem. — No wiesz, ja jeszcze nigdy tak na powa(cid:298)nie nie miałem dziewczyny. — Ale jeste(cid:286) w tych tematach normalny, to znaczy hetero? — Jasne, nie martw si(cid:266). — To dobrze. Teraz przyszła dziwna moda na kochaj(cid:261)cych inaczej, martwiłem si(cid:266) o ciebie. — Niepotrzebnie. — Spoko, teraz jestem spokojny. Wypili(cid:286)my ju(cid:298) po dwa browary, zabieramy si(cid:266) za trzecie puszki. Ja ju(cid:298) mam humorek, ale Jezusa nic nie bierze, zrobił si(cid:266) tylko jakby bardziej zamy(cid:286)lony, mniej si(cid:266) u(cid:286)miecha. Widocznie bierze go na smutasa, zdarza si(cid:266). Ja tam wol(cid:266), jak kto(cid:286) si(cid:266) upija na wesoło, tak jak ja: — Ko(cid:276)czymy. Musz(cid:266) wracać, wyk(cid:261)pać si(cid:266), doprowadzić do porz(cid:261)dku, ogolić... w ko(cid:276)cu to randka. No i załatwić ci kole(cid:298)ank(cid:266). — Dzi(cid:266)ki, — Wracamy, troch(cid:266) mi szumi w nogach. — Zaraz ci przejdzie. — A ty? — Ja tam nic nie czuje, ale mam zaspokojone pragnienie. Wrócili(cid:286)my do mieszkania moich rodziców. Na szcz(cid:266)(cid:286)cie było puste. Mama z tat(cid:261) i bratem pojechali do krewnych mieszkaj(cid:261)cych w okolicznej wiosce. Wspaniale, cała chata na noc nasza. Jestem w siódmym niebie. Jezus bierze prysznic, chlapie si(cid:266) ju(cid:298) chyba z pół godziny. Wreszcie wychodzi. Nie poznaj(cid:266) człowieka. Ma przystrzy(cid:298)ony idealnie zarost i rozpuszczone falowane włosy. W pokoju pachnie migdałami i dobr(cid:261) wod(cid:261) toaletow(cid:261): — Nie(cid:296)le stary, masz niezłe kosmetyki. — Dostałem w prezencie. Chcesz po(cid:298)yczyć? — Bez przesady. Jak by to wygl(cid:261)dało, gdyby(cid:286)my tak samo (cid:286)mierdzieli? — Racja. — Mam dla ciebie kobiet(cid:266). — Tak? — Nie p(cid:266)kaj. To fajna dziewczyna. I całkiem ładna. Kole(cid:298)anka mojej panienki, akurat wolna, troch(cid:266) nawiedzona, wiec b(cid:266)dziecie do siebie pasowali. — Co to znaczy nawiedzona? — Pytasz powa(cid:298)nie? — Jak najbardziej. — No, powiedzmy... uduchowiona. Kocha malarstwo, poezj(cid:266), ko(cid:276)czy studia na Akademii Sztuk Pi(cid:266)knych. B(cid:266)dzie dobrze. — Nie znam si(cid:266) za bardzo na randkach. Mam nadziej(cid:266), (cid:298)e sobie poradz(cid:266). 10 — Daj spokój, jest twoja. — Co mam robić? — B(cid:261)d(cid:296) sob(cid:261). — Zawsze nim jestem. — Bzdura. Całe nasze (cid:298)ycie to gra. Zawsze ka(cid:298)dy człowiek chce być inny, udajemy kogo(cid:286), kim naprawd(cid:266) nie jeste(cid:286)my. Dlatego tak trudno być sob(cid:261). To jakby dorosła zabawa w chowanego. — Nie wiem. W ka(cid:298)dej sytuacji staram si(cid:266) być sob(cid:261). — I chwała ci za to. Wł(cid:261)cz telewizor, ja id(cid:266) odwalić si(cid:266) na przystojniaka. To była taka nasza gadka, teraz zdaj(cid:266) sobie spraw(cid:266), (cid:298)e Jezus zawsze był sob(cid:261). Za to go lubiłem, nikogo nie udawał, nie kombinował, nie oszukiwał, je(cid:298)eli co(cid:286) my(cid:286)lał o rozmówcy lub zaistniałej sytuacji, mówił o tym delikatnie, lecz szczerze. Brakuje takich ludzi w naszym zakłamanym społecze(cid:276)stwie, pełnym tak zwanych norm moralnych i autorytetów moralnych, gdzie nie da si(cid:266) (cid:298)yć bez kłamstwa. Jest jeszcze jasno, choć ju(cid:298) po dwudziestej. Wreszcie przychodz(cid:261) dziewczyny. S(cid:261) odwalone nieziemsko. Pierwszy raz widz(cid:266) Jezusa tak speszonego, schyla głow(cid:266) i zachowuje si(cid:266) jak dziewica, id(cid:266) ze swoj(cid:261) dziewczyn(cid:261) na balkon, zostawiamy nowo poznanych razem, niech si(cid:266) jako(cid:286) oswoj(cid:261). — Przystojny ten twój kumpel i ciekaw(cid:261) ma ksyw(cid:266) — Jezus. Wiesz, on jest nawet do niego podobny, ma takie niezwykłe oczy, kim on jest? — Filozofem. Szuka krewnych, którzy podobno mieszkaj(cid:261) gdzie(cid:286) w tej okolicy. — To on uzdrowił młodego? — Tak, ale nie u(cid:298)ywaj tego słowa. — Dlaczego? — Poniewa(cid:298) to nie był (cid:298)aden cud. Tylko rozmasował (cid:286)ci(cid:266)gna i nastawił staw. Ma do tego dar. — Nie obra(cid:296) si(cid:266), ale wygl(cid:261)da to jak cud. — Zbieg okoliczno(cid:286)ci. — Niewa(cid:298)ne. Grunt, (cid:298)e pomógł twojemu bratu. — My(cid:286)lisz, (cid:298)e spodobał si(cid:266) Olce? — Jasne. Jest niezły. — To dobrze. Facet jest zestresowany. — Ona równie(cid:298). Pasuj(cid:261) do siebie. — Chod(cid:296)my do nich. Jezus i Aleksandra siedz(cid:261) obok siebie w jest wniebowzi(cid:266)ta, słucha wykładu mojego kumpla o filozofii staro(cid:298)ytnego wschodu. Facet jest niezły, ju(cid:298) nieco wyluzował. Nie wiem, co robić. Moja Danka te(cid:298) si(cid:266) na niego gapi okr(cid:261)głymi oczami, ale raczej przez ciekawo(cid:286)ć ni(cid:298) seks. Przynajmniej tak si(cid:266) wydaje. Zapraszam wszystkich na drinki. Olka jest w nich naprawd(cid:266) dobra. Mam składniki, id(cid:266) z ni(cid:261) do kuchni. Przynajmniej wysonduj(cid:266), co naprawd(cid:266) s(cid:261)dzi o Jezusie. fotelach. Dziewczyna — Fajnego masz kumpla, inteligentny i wra(cid:298)liwy. To ju(cid:298) wymieraj(cid:261)cy gatunek, — Podoba ci si(cid:266)? — Jasne. — Ale tak jak m(cid:266)(cid:298)czyzna kobiecie? — Oczywi(cid:286)cie. Wi(cid:266)cej, zamierzam si(cid:266) z nim zaprzyja(cid:296)nić. — O rany! — Masz co(cid:286) przeciw? — Nie, sk(cid:261)d(cid:298)e! — Bardzo fajny człowiek. — Wiem, troch(cid:266) go poznałem, tak niedu(cid:298)o. Gadali(cid:286)my o tym i owym... 11 — Ma dziewczyn(cid:266)? — Nie, jest twój. — To dobrze. Lubi(cid:266) wiedzieć, na czym stoj(cid:266). I wiesz co? — Słucham. — Ma fantastycznie pi(cid:266)kne dłonie... jakby nic nie robił całe (cid:298)ycie. — Dobra, przygotuj te drinki. Odruchowo spojrzałem na moje wielkie dłonie, nieco przybrudzone zu(cid:298)ytymi olejami samochodowymi. No có(cid:298)... silnik to moja pasja, nie nadaj(cid:266) si(cid:266) na filozofa. Kto(cid:286) musi naprawiać te graty, inaczej uczeni nie mieliby czym je(cid:296)dzić. Fakt, Jezus miał delikatne dłonie pianisty, to trzeba przyznać. Wi(cid:266)kszo(cid:286)ć kobiet chciałaby mieć takie r(cid:266)ce. Siadamy w fotelach, wypijamy po dwa całkiem mocne drinki. Olka troch(cid:266) przeholowała z wódk(cid:261), ale niech jej b(cid:266)dzie. Mo(cid:298)e chce skruszyć Jezusa, który jakby si(cid:266) ni(cid:261) nie interesuje. Przynajmniej tak mi si(cid:266) wydaje. — Słuchajcie, jest pi(cid:266)kna jasna noc, chod(cid:296)my na spacer. — Dok(cid:261)d? — Nad jezioro. Tam teraz powinno być pusto, cały pomost nasz. — No to idziemy. — Tylko dopij(cid:266) drinka. Niedaleko naszego osiedla jest ładne, du(cid:298)e i czyste jezioro. Niedawno zrobiono tam rezerwat, kto(cid:286) ogrodził cały teren i zrobił w(cid:261)skie wej(cid:286)cie tylko dla pieszych. Jest zamykana brama, postawiono stra(cid:298)nika i jest super, bezpiecznie, nie ma wariatów na motorach. A menelstwo osiedlowe musiało si(cid:266) wynie(cid:286)ć, słowem, jest gdzie pój(cid:286)ć na spacer. Wychodzimy z bloku, jest ciemno i ciepło. Idziemy parami. Ja pierwszy z Dank(cid:261), przytulamy si(cid:266) do siebie, trzymamy za r(cid:266)ce, jak to zakochani. Zerkam dyskretnie na Jezusa. Wlecze si(cid:266) pół metra za lekko zdenerwowan(cid:261) Olk(cid:261) i co(cid:286) bredzi o gwiazdach. — Co tam? — Nic, Jezus stracił w(cid:261)tek. On si(cid:266) naprawd(cid:266) nie zna na podrywaniu dziewczyn. — Mo(cid:298)e jest teletubisiem? — Nie. Rozmawiałem z nim. Jest okay w tych sprawach. — Olka mnie zabije. — Musz(cid:266) z nim pogadać. Tu chodzi o moj(cid:261) reputacj(cid:266). — Jak najszybciej. — Dobra, ju(cid:298) to załatwiam. Teraz (cid:298)ałuj(cid:266) tej nocy, ale wtedy wszystko wydawało mi si(cid:266) inne. Podchodz(cid:266) do kumpla i spokojnie czekam, a(cid:298) dziewczyny si(cid:266) nieco oddal(cid:261), zaczynamy rozmawiać: — Wszystko w porz(cid:261)dku? — Tak, jak najbardziej. — A dziewczyna? — Inteligenta, potrafi słuchać... — To mo(cid:298)e okazałby(cid:286) jej odrobin(cid:266) zainteresowania? — Co masz na my(cid:286)li? — Przynajmniej szedłby(cid:286) blisko niej i... no nie wiem... obj(cid:261)ł j(cid:261) delikatnie, rozumiesz? Jezus patrzy na mnie zdziwiony. Teraz ja z kolei czuj(cid:266) si(cid:266) głupio, ale musz(cid:266) jako(cid:286) kumplowi wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi: — Kiepsko mi idzie? — Tego nie powiedziałem. — Zrobi(cid:266), co w mojej mocy, ale zrozum ja tu jestem tylko przelotnie. Nie mog(cid:266) jej za bardzo rozkochać w sobie. 12 — Hm... zaskoczyłe(cid:286) mnie. Ale, prosz(cid:266), nie idealizuj. Dzisiaj ma być miło. — Boisz si(cid:266) czasu? — Nie rozumiem i nie chc(cid:266) si(cid:266) teraz nad tym zastanawiać. Bawmy si(cid:266), (cid:298)ycie jest za krótkie na my(cid:286)lenie. — Masz racj(cid:266). Wracam do swojej dziewczyny. Ju(cid:298) jeste(cid:286)my nad jeziorem. Wszyscy wchodzimy na obszerny i długi, nie do ko(cid:276)ca wyko(cid:276)czony pomost. Brakuje barierek z jednej strony. Siadamy na brzegu minimola, nogi lu(cid:296)no zwisaj(cid:261) nam nad wod(cid:261). Patrzymy na wielki biały ksi(cid:266)(cid:298)yc w pełni. Dyskretnie zerkam na Jezusa. Siedzi blisko tu(cid:298) przy dziewczynie. Jest nie(cid:296)le. Wtedy zdarzył si(cid:266) kolejny cud. Mo(cid:298)e nie cud, ale co(cid:286) podobnego. Kilka metrów od pomostu rosły lilie wodne. Dziewczynom bardzo si(cid:266) podobały ich kwiaty, które wprawdzie w nocy s(cid:261) zamkni(cid:266)te, ale dziewczynom to nie przeszkadzało. Trudno, zamierzam si(cid:266) wyk(cid:261)pać, woda jest ciepła. (cid:285)ci(cid:261)gam koszulk(cid:266), kiedy kumpel podchodzi do mnie i spokojnie kładzie mi r(cid:266)k(cid:266) na ramieniu, mówi(cid:261)c: — Ja pójd(cid:266), tutaj jest płytko. — Co(cid:286) ty, dwa metry jak nic. — Daj mi szans(cid:266). Lilie rosn(cid:261) tylko na płytkiej wodzie. — Umiesz pływać? — Nie martw si(cid:266). — No dobra. Jakby co(cid:286), to wyci(cid:261)gn(cid:266) ci(cid:266) z wody. Kiedy(cid:286) byłem ratownikiem na basenie. — Dzi(cid:266)kuj(cid:266). Dam sobie rad(cid:266). Jezus nawet nie zdj(cid:261)ł butów. Poszedł po jej powierzchni do samego (cid:286)rodka lilii. Dokładnie tego nie widziałem. Tu(cid:298) nad wod(cid:261) unosił si(cid:266) niski tuman mgły. Po minucie wrócił z tym swoim dziwnym u(cid:286)miechem i całym nar(cid:266)czem p(cid:261)ków wodnych kwiatów. Wr(cid:266)czył je zachwyconym dziewczynom. Poszedł a(cid:298) na sam koniec pomostu i długo zerkał na ksi(cid:266)(cid:298)yc. Stałem jak wryty. Nasze kobiety zainteresowane były tylko kwiatami. Nawet nie zauwa(cid:298)yły cudu. Ja za to widziałem wszystko i kiedy doszedłem do siebie, skierowałem swoje kroki równie(cid:298) na koniec pomostu. — Jak to zrobiłe(cid:286)? — Normalnie. — To przecie(cid:298) wbrew fizyce. — Dlaczego? — Szedłe(cid:286) po wodzie. — Nie, nie szedłem. Mam suche buty, spójrz. — Jeste(cid:286) cudotwórc(cid:261)? — Nie, jestem normalnym człowiekiem. — Nic z tego nie rozumiem. — Poniewa(cid:298) jeste(cid:286) człowiekiem małej wiary. — Mo(cid:298)liwe. — Ka(cid:298)dy z was mo(cid:298)e i(cid:286)ć po swoje kwiaty przez wod(cid:266). — Nie s(cid:261)dz(cid:266). — I sam widzisz. Cywilizacja zabija wiar(cid:266). Teraz od latania s(cid:261) samoloty, od pływania statki, od poruszania si(cid:266) drogami samochody. Wszystko jest łatwe, proste i wytłumaczalne. Wystarczy mieć tylko kolorowe banknoty, i to wszystko. — Sko(cid:276)czmy t(cid:266) rozmow(cid:266). Jestem zbyt słaby i głupi, aby z tob(cid:261) dyskutować. — Nie ja to powiedziałem. — Wiem. Dobry z ciebie kumpel. Wracajmy do dziewczyn. 13 Idziemy w milczeniu w kierunku naszych kobiet. S(cid:261) wniebowzi(cid:266)te. Podzieliły si(cid:266) ju(cid:298) kwiatami. Chwil(cid:266) rozmawiamy, obydwie całuj(cid:261) Jezusa w policzki. Jest nieco speszony. Chc(cid:261), aby przyniósł wi(cid:266)cej kwiatów: — Musimy co(cid:286) zostawić przyrodzie. — Urosn(cid:261) nowe. — Potrzeba wam umiarkowania. Lilie s(cid:261) dla wszystkich. Jutro tutaj przyjd(cid:261) inni ludzie. Niech ich oczy ciesz(cid:261) pi(cid:266)kne kwiaty. Skarbami i talentem zawsze nale(cid:298)y si(cid:266) dzielić. — Racja. Wracajmy do domu. Id(cid:266) z Dank(cid:261), przytulamy si(cid:266) do siebie. Uwielbiam jej szczupłe, pachn(cid:261)ce i delikatne ciało oraz ten miodowy szampon na włosach, do dzisiaj czuj(cid:266) ich zapach. Nawet Jezus wzi(cid:261)ł Olk(cid:266) za r(cid:266)k(cid:266) i co(cid:286) tam jej opowiada o drzewach i kwiatach, tyle tylko usłyszałem: — Ciekawy ten twój znajomy. — Tak. — Sk(cid:261)d wiedział, (cid:298)e tam jest tak płytko? — Nie mam poj(cid:266)cia. — To ładnie z jego strony, (cid:298)e przyniósł nam kwiaty. — Ja te(cid:298) chciałem. — Wiem, ale teraz byłby(cid:286) cały mokry i (cid:286)mierdz(cid:261)cy mułem. — Jasne. Danka nawet nie zauwa(cid:298)yła, (cid:298)e Jezus poruszał si(cid:266) po mgle, czy jako(cid:286) inaczej. Dziwne, czasami ludzie my(cid:286)l(cid:261), co chc(cid:261), widz(cid:261), co chc(cid:261) i na dodatek wyci(cid:261)gaj(cid:261) niewła(cid:286)ciwe wnioski. A mo(cid:298)e tylko ja miałem zobaczyć ten cud? Nic z tego nie rozumiem. Jezus jest cudowny, chyba si(cid:269) w nim zakochałam od pierwszego wra(cid:304)enia. Ma takie delikatne dłonie i ten jego głos... który brzmi, jakby wiecznie czytał jak(cid:264)(cid:292) ksi(cid:269)g(cid:269). Star(cid:264), zabytkow(cid:264). Sama nie wiem. Pytam chłopaka, jak(cid:264) sko(cid:281)czył uczelni(cid:269), a on patrzy na mnie dziwnie i twierdzi, (cid:304)e to za granic(cid:264)... mało istotne... Nie zadaj(cid:269) ju(cid:304) wi(cid:269)cej pyta(cid:281), pozwalam mu mówić, opowiadać, a(cid:304) wreszcie przestaje. — A twoi rodzice? — Nie mam rodziców. — Jak to? — Ojciec jest nieznany, mamy nie pami(cid:266)tam, wychowali mnie krewni. — To smutne. — Tak, czasami mi brakuje ojca i matki, choć jestem ju(cid:298) dorosły i powinienem być samodzielny, ale rodzina jest wa(cid:298)na. — To prawda. — Co zamierzasz robić w przyszło(cid:286)ci? — Nie wiem. Dalej chciałbym być filozofem. — Ale z tego si(cid:266) nie wy(cid:298)yje. — Pieni(cid:261)dze nie s(cid:261) a(cid:298) tak wa(cid:298)ne. — Ale bardzo potrzebne. — Czyni(cid:261) z nas niewolników, zabijaj(cid:261) wolno(cid:286)ć i wzbudzaj(cid:261) najgorsze instynkty. — Masz racj(cid:266), ale jak bez nich (cid:298)yć? — Nie wiem. Postanawiam sama opowiedzieć Jezusowi o swoich rodzicach. Zwykle unikam tego tematu, ale wreszcie musz(cid:269) z kim(cid:292) o tym pogadać, a on wydaje mi si(cid:269) odpowiedni: — Mam problem. Chciałabym z tob(cid:261) o tym pogadać... tak mi(cid:266)dzy nami. 14 — Dobrze, mo(cid:298)esz mi zaufać. — Dzi(cid:266)ki. Musz(cid:266) z kim(cid:286) o tym pogadać, gryzie mnie to od dzieci(cid:276)stwa. — Mów. — Mam nienormaln(cid:261) matk(cid:266). — To straszne oskar(cid:298)enie. — Najzupełniej szczere. Moja matka niszczy ojca, a teraz zaczyna niszczyć mnie. — W jaki sposób? — Czytałam o tym, rozmawiałam nawet z psychologiem, według mnie matka ma schizofreni(cid:266) paranoidaln(cid:261). Nic dodać nic uj(cid:261)ć... (cid:298)yje w jakim(cid:286) swoim dziwnym, hermetycznym (cid:286)wiecie niezdrowych marze(cid:276), wsz(cid:266)dzie widzi siebie jako pi(cid:266)kn(cid:261), bogat(cid:261) i sławn(cid:261) gwiazd(cid:266), bierze wci(cid:261)(cid:298) jakie(cid:286) kredyty na ciuchy, fryzjerów. Odk(cid:261)d pami(cid:266)tam kr(cid:266)ci sobie włosy, a wszystkim dookoła tłumaczy, (cid:298)e to jej naturalnie tak si(cid:266) kr(cid:266)c(cid:261). W łazience ma kilkaset zu(cid:298)ytych opakowa(cid:276) po drogich kosmetykach, nie wolno ich nikomu dotykać. Mamy trzy numery stacjonarne i chyba z osiem komórek. Ta wariatka wci(cid:261)(cid:298) zmienia numery, gubi si(cid:266) w swoich kłamstwach, wyszukuje sobie choroby i ci(cid:261)gle zn(cid:266)ca si(cid:266) psychicznie nad ojcem i mn(cid:261). To smutne. Wiem, (cid:298)e grzesz(cid:266), ale ja mam naprawd(cid:266) walni(cid:266)t(cid:261) matk(cid:266). — To rzeczywi(cid:286)cie bardzo smutne. Co na to ojciec? — Całkowicie si(cid:266) jej podporz(cid:261)dkował. Owin(cid:266)ła sobie tat(cid:266) dookoła palca. Czasami nawet i on kłamie, u(cid:298)ywaj(cid:261)c jej sposobów mówienia nieprawdy. Nie wiem sama, jak długo jeszcze wytrzymam w domu. Na szcz(cid:266)(cid:286)cie niedługo ko(cid:276)cz(cid:261) si(cid:266) wakacje i wracam na uczelni(cid:266). — Jak długo trwa ten stan? — Nie wiem. Chyba odk(cid:261)d pami(cid:266)tam. — Dziwne, bardzo dziwne. Jak my(cid:286)lisz, dlaczego twoja mama (cid:298)yje w tym innym — Jest nienormalna, to wszystko. A najgorsze jest to, (cid:298)e ci(cid:261)gle kłamie, zmy(cid:286)la i (cid:286)wiecie? denerwuje innych. — To znaczy, (cid:298)e twoja mama chce być kim(cid:286) innym? — Dokładnie tak. Ma obsesj(cid:266) na punkcie kolorowej prasy. Wci(cid:261)(cid:298) my(cid:286)li, (cid:298)e jest gwiazd(cid:261), opowiada s(cid:261)siadom i krewnym, (cid:298)e niedługo uka(cid:298)e si(cid:266) z ni(cid:261) wywiad, (cid:298)e b(cid:266)dzie grała w telenoweli. Nikt ju(cid:298) jej nie traktuje powa(cid:298)nie. Wstyd wychodzić z domu. — Pracuje? — Nie. Była sekretark(cid:261) w pa(cid:276)stwowym urz(cid:266)dzie, ale mieli jej ju(cid:298) do(cid:286)ć i przy pierwszej okazji wygnali na wcze(cid:286)niejsz(cid:261) emerytur(cid:266). Ojciec jest szanowanym człowiekiem, był nauczycielem matematyki, radnym. Od kilku miesi(cid:266)cy te(cid:298) jest na wcze(cid:286)niejszej emeryturze. Ci(cid:261)gle ucieka z domu. Chyba nie chce do ko(cid:276)ca zwariować. — Sprawa jest powa(cid:298)na. Próbowała(cid:286) mam(cid:266) wysłać do lekarza? — Ona sobie sama wyszukuje choroby. Ostatnio udawała, (cid:298)e słyszy tylko tony niskie. Ogl(cid:261)dała taki program w telewizji. Ojciec poszedł z ni(cid:261) do najlepszego lekarza, znajomego zreszt(cid:261), wysłuchał uwa(cid:298)nie mamy i dał jej skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Jak to zobaczyła, to przez dwa tygodnie była prawie normalna. Boi si(cid:266) psychiatry. — Ciekawe. Nie wiem, jak ci pomóc. — Słyszałam, (cid:298)e jeste(cid:286) cudotwórc(cid:261). Jezus spojrzał na mnie uwa(cid:304)nie. W blasku miejskich latar(cid:281) jego oczy dziwnie l(cid:292)niły. Nie były niebieskie, lecz ciemnogranatowe. Miał powa(cid:304)n(cid:264) twarz, mocno 15 chwycił mnie za r(cid:269)k(cid:269) i o dziwo był to bardzo silny u(cid:292)cisk. U(cid:292)miechn(cid:264)ł si(cid:269) łagodnie i powiedział cichym głosem: — Nie jestem cudotwórc(cid:261). — To w jaki sposób uzdrowiłe(cid:286) Młodego? — Nie mam z tym nic wspólnego. — Prosz(cid:266) ci(cid:266), przyjd(cid:296) do mnie i porozmawiaj z moimi rodzicami. — Dobrze. Jak tylko b(cid:266)d(cid:266) na to gotowy. — Odprowadzisz mnie do domu? — Tak. — To fajnie. Boj(cid:266) si(cid:266) ciemno(cid:286)ci. — To normalne. L(cid:266)k przed czym(cid:286), czego nie widzimy i nie znamy, jest naturalny. Jezus wrócił dziwnie smutny, była trzecia w nocy, równie(cid:298) i ja odprawiłem dziewczyn(cid:266). Jako(cid:286) mi nie wypadało nocować jej u mnie, chocia(cid:298) w normalnych okoliczno(cid:286)ciach pewnie by została, ale có(cid:298), czasami trzeba si(cid:266) po(cid:286)wi(cid:266)cić: — No jak tam Olka, fajna kobieta? — Interesuj(cid:261)ca. Ma bardzo bogate wn(cid:266)trze. Znasz jej rodziców? — Troch(cid:266). Stary jest w porz(cid:261)dku, jako nauczyciel te(cid:298) był okay, a matka praktycznie nie wychodzi z domu, no mo(cid:298)e kilka razy w roku. Wszyscy uwa(cid:298)aj(cid:261), (cid:298)e z ni(cid:261) nie jest całkiem halo, znaczy si(cid:266) umiarkowanie trzepni(cid:266)ta. — Dlaczego tak s(cid:261)dzisz? — Kobieta jest po pi(cid:266)ćdziesi(cid:261)tce, chodzi w białej plisowanej mini i rajstopach burdelówkach, czasami boso po osiedlu ze szpilkami w r(cid:266)kach. Stary, to nie jest normalne. Do tego wymalowana jak osiemnastolatka i do wszystkich dziwnie si(cid:266) u(cid:286)miecha, Olka ma przez to przechlapane na osiedlu. Ka(cid:298)dy uwa(cid:298)a, (cid:298)e jest nawiedzona jak matka, ale dla mnie jest w porz(cid:261)dku. — Rozumiem, jej matka musi być chora psychicznie. — Czy ja wiem? Pracowała, normalnie chodziła do pracy, zawsze targała cztery wypchane reklamówki. Sam nie wiem, co o tym s(cid:261)dzić. Pogadaj z Olk(cid:261). — Masz racj(cid:266). — Dlaczego pytasz? — Wydaje mi si(cid:266), (cid:298)e ma z ni(cid:261) problem. — Stary, cholerny problem. Przez jej trzepni(cid:266)t(cid:261) matk(cid:266) nie miała z kim i(cid:286)ć na studniówk(cid:266), choć dziewczyna jest całkiem niezła. — I jak si(cid:266) sko(cid:276)czyła ta sprawa? — Wreszcie poszła z kuzynem z innego miasta, ale sprawa była przykra. — Dziwne, bardzo dziwne. (cid:297)ycie czasami jest niczym worek pełen prezentów, niektóre bywaj(cid:261) nieodpowiednie, wr(cid:266)cz zło(cid:286)liwe. — Ciekawe porównanie. Powiedz mi stary, jak zerwałe(cid:286) te lilie? — Normalnie. — Nie wiedziałem, (cid:298)e umiesz chodzić po wodzie. — A kto powiedział, (cid:298)e po niej szedłem? — A co, mo(cid:298)e nie? — Trzeba uwa(cid:298)ać. — Mgła i ciemno(cid:286)ć wszystko zasłoniły. — Kto ma oczy, niechaj patrzy. — E tam, jaja sobie robisz. Jutro, a w zasadzie dzisiaj, jest niedziela. Na któr(cid:261) idziemy do ko(cid:286)cioła? — Oboj(cid:266)tnie. — Wiesz, z reguły unikam tej imprezy, ale obiecałem matce... 16 — Twoja sprawa. — I tu mi si(cid:266) podobasz. Tolerancja, to jest to. — Jeste(cid:286) dobrym człowiekiem, szatan ci(cid:266) omija. Nie musisz udawać jeszcze lepszego. — Dzi(cid:266)ki, ciekawie powiedziane. — Normalna filozofia. — Poznasz naszego proboszcza, to dopiero filozof, a raczej bankier. — Nie rozumiem. — Wszystko w swoim czasie. Poszli(cid:286)my w niedziel(cid:266) do ko(cid:286)cioła na msz(cid:266), na godzin(cid:266) dwunast(cid:261). To był przełom. Jezus ładnie si(cid:266) ubrał, uczesał, wygl(cid:261)dał na zadowolonego. Nie wiem, dlaczego zabrał ze sob(cid:261) butelk(cid:266) wody mineralnej, z której popijał co jaki(cid:286) czas wod(cid:266). Był dziwnie milcz(cid:261)cy. Obserwowałem kumpla podczas całej mszy. Był wyra(cid:296)nie zafascynowany. Nie (cid:286)piewał, nie odpowiadał, lecz tylko patrzył i słuchał organowej muzyki, oczywi(cid:286)cie popijaj(cid:261)c wod(cid:266) mineraln(cid:261) ku zgorszeniu innych. No i stało si(cid:266). Według mnie to był kolejny cud, choć wszyscy inni uwa(cid:298)aj(cid:261), (cid:298)e to przypadek, a raczej wypadek. Cała sytuacja miała mocno groteskowy przebieg. Na ko(cid:276)cu ka(cid:298)dej mszy jest co(cid:286) takiego jak ogłoszenia parafialne, podczas których nasz wielebny czyta, kto ile dał na ko(cid:286)ciół, i z którego bloku wierni maj(cid:261) sprz(cid:261)tać w danym tygodniu (cid:286)wi(cid:261)tyni(cid:266), i takie tam dyrdymały. Po tej czczej gadaninie proboszcz przeszedł do ataku na naszego osiedlowego Jezusa: — Strze(cid:298)my si(cid:266) fałszywych proroków, oto bowiem na naszym osiedlu pojawił si(cid:266) szatan w osobie człowieka, który rzekomo uzdrawia, i tworzy cuda! Ukradkiem patrz(cid:266) na Jezusa. Stoi jak zamurowany, zbladł i uwa(cid:298)nie słuchał słów wielebnego: — To jest szatan, sam lucyfer. Przybył, aby was sprowadzić na manowce, tylko prawda was uzdrowi i prawdziwa wiara. No i stało si(cid:266). W tym momencie drewniana kazalnica pod wpływem ci(cid:266)(cid:298)aru naszego tłustego proboszcza zawaliła si(cid:266). Wielebny waln(cid:261)ł twarz(cid:261) w jej kraw(cid:266)d(cid:296), a(cid:298) chlasn(cid:266)ło w ko(cid:286)ciele, zalał si(cid:266) krwi(cid:261) i zgasło mu kino. Znowu spojrzałem na Jezusa. Odzyskał kolory, znów si(cid:266) u(cid:286)miechn(cid:261)ł i napił du(cid:298)y łyk wody mineralnej. Inni ksi(cid:266)(cid:298)a wtaszczyli grube ciało proboszcza do zakrystii, i tak si(cid:266) to sko(cid:276)czyło. Na razie Jezus wygrywał, ale wojna miała być długa. Wyszli(cid:286)my z ko(cid:286)cioła. Jezus wygl(cid:261)dał na zadowolonego. Nikt na niego nie zwracał uwagi, wszyscy dookoła opowiadali o wypadku proboszcza. Wi(cid:266)kszo(cid:286)ć beztrosko (cid:286)miała si(cid:266) z całej sytuacji: — To ty? — Nie rozumiem. — Pytam, czy ten wypadek to twoja sprawka? — Wasz proboszcz wezwał lucyfera, wi(cid:266)c si(cid:266) doczekał. — Jak to? — Zło, które wypowiedział, wróciło do niego. — Dziwne. — Dlaczego? Bezpodstawnie obra(cid:298)ał innego człowieka. Tworzył wi(cid:266)c zło, zgadza si(cid:266)? — Nigdy o tym w ten sposób nie my(cid:286)lałem. — Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. — To znaczy, (cid:298)e to... on sam? — Tak, nikt inny. Zreszt(cid:261) to był tylko wypadek. — Ale... przecie(cid:298) to ksi(cid:261)dz. 17 — To tylko człowiek. A do tego grzesznik, cudzoło(cid:298)nik i zwykły złodziej, degenerat, nie (cid:286)wi(cid:266)ty. Tak powiniene(cid:286) na to patrzeć. — Du(cid:298)o wiesz o nim. — Zawsze na ka(cid:298)dego patrz oczami człowieka wolnego, nie niewolnika. — Jeste(cid:286) ateist(cid:261)? — Nie. Zagadki Jezusa nie zawsze do mnie docierały. Czasami s(cid:261)dziłem, (cid:298)e wiem, o czym mówił, a czasami udawałem, (cid:298)e rozumiem. W ka(cid:298)dym razie wydarzenie z proboszczem zapami(cid:266)tałem na całe (cid:298)ycie. Wielebny odzyskał przytomno(cid:286)ć w szpitalu, zeszyli mu głow(cid:266), twarz si(cid:266) wygoiła i zapłon(cid:261)ł zemst(cid:261). Przysłał do nas wikarego, domagał si(cid:266) rozmowy z Jezusem. Ten zgodził si(cid:266), lecz chciał tam i(cid:286)ć ze mn(cid:261) jako bezstronnym (cid:286)wiadkiem. Zgodziłem si(cid:266) ch(cid:266)tnie, licz(cid:261)c na kolejny cud, na przykład złamana r(cid:266)ka lub noga proboszcza. Zreszt(cid:261), byłem młody i lubiłem wszelkie draki, tak to ju(cid:298) było. Jezus okazał si(cid:266) nadzwyczaj powa(cid:298)ny, ale ucieszyło go zaproszenie proboszcza, stwierdził, (cid:298)e idziemy do paszczy lwa zmierzyć si(cid:266) z besti(cid:261). Dni mijały spokojnie. Wróciłem do pracy. Jezus znikał z mieszkania na całe dnie, gdzie(cid:286) wyje(cid:298)d(cid:298)ał autobusem lub rowerem po(cid:298)yczonym od mojego ojca. W sobot(cid:266) wieczorem miało si(cid:266) odbyć spotkanie z proboszczem na nowej plebani. Jezus, o dziwo, ubrał si(cid:266) normalnie, choć moja mama usilnie nakłaniała kumpla do wło(cid:298)enia mojego garnituru. Poszli(cid:286)my tam razem. Drzwi otworzył nam młody wikary. Nieco przestraszony zaprowadził nas do pokoju go(cid:286)cinnego, po czym znikn(cid:261)ł odprawiać wieczorn(cid:261) msz(cid:266). Zostali(cid:286)my sami. Plebania urz(cid:261)dzona była z przepychem, choć — jak stwierdził Jezus — kiczowato, wymownie (cid:286)wiadcz(cid:261)c o kiepskim gu(cid:286)cie wła(cid:286)ciciela. Wreszcie pojawiła si(cid:266) gospodyni, nios(cid:261)c półmiski pełne jedzenia, ciasta, galaret i innych pyszno(cid:286)ci. Kumpel patrzył na to wszystko z nieukrywanym wstr(cid:266)tem. Wreszcie wniesiono wódki, wina i zak(cid:261)ski. Teraz to ja si(cid:266) mocno zdziwiłem. No i pojawił si(cid:266) proboszcz, ubrany po cywilnemu z koloratk(cid:261) pod szyj(cid:261). Byłem nieco speszony cał(cid:261) sytuacj(cid:261), ale Jezus ze spokojem wstał, wyci(cid:261)gn(cid:261)ł dło(cid:276) i podzi(cid:266)kował za zaproszenie: — Miło mi powitać przewodnika duchowego tutejszych owieczek. — A dzi(cid:266)kuj(cid:266), choć i baranki si(cid:266) trafiaj(cid:261). — Dlaczego nas pan zaprosił? Proboszcz na słowo pan, kłapn(cid:261)ł kłami, ale szybko si(cid:266) uspokoił: — Doszły mnie słuchy, (cid:298)e jeste(cid:286) pan niezwykłym filozofem. Chciałem pana poznać osobi(cid:286)cie i porozmawiać na tematy teologiczne. — Jeszcze tydzie(cid:276) temu byłem diabłem, czemu zawdzi(cid:266)czam te zmiany? — Zostałem wprowadzony w bł(cid:261)d. — Kiepskich ma pan obserwatorów. — To starsi parafianie. Czasami opowiadaj(cid:261) głupstwa. — Rozumiem. — Uwa(cid:298)a si(cid:266) pan za lekarza? — Jedni na mnie mówi(cid:261) cudotwórca, jeszcze inni nazywaj(cid:261) mnie Jezusem, a ja sam wol(cid:266), aby mnie traktować jako filozofa. — Czynisz pan cuda? Tak mi doniesiono. — Je(cid:286)li kto(cid:286) ma mocn(cid:261) wiar(cid:266), uleczy si(cid:266) sam. — To prawda, a wi(cid:266)c nie czynisz cudów? — Nie, cudów nie ma. S(cid:261) tylko niewyja(cid:286)nione zjawiska. Zreszt(cid:261), Ko(cid:286)ciół sam nie uznaje zbyt wielu cudów. — Jeste(cid:286) człowiekiem obeznanym w temacie. Co s(cid:261)dzisz o naszej wspólnocie? 18 — Najwa(cid:298)niejszy jest pan. Je(cid:286)li daje pan dobry przykład wiernym, jest pan człowiekiem prawym, wiernym, skromnym i posłusznym wierze, wówczas wszystko jest dobre. Ale je(cid:286)li jest pan człowiekiem kłamliwym, rozpustnym i kocha pan mamon(cid:266) ponad wszystko, wówczas wspólnota zamienia si(cid:266) powoli w chlew, a ludzie w bezwolne grzechowi (cid:286)winie. Proboszcz poczerwieniał, długo my(cid:286)lał, wypił kieliszek wina, zagryzł schabowym ze (cid:286)liwkami, po czym mrukn(cid:261)ł z zadowoleniem: — No có(cid:298), niewiele sobie mog(cid:266) zarzucić. — Naprawd(cid:266)? — Co masz pan na my(cid:286)li? — Nic, chciałem si(cid:266) tylko upewnić, czy zrozumiał pan moje słowa. — Bardzo dokładnie. — To znaczy, (cid:298)e si(cid:266) pan zmieni. — Jak to? — Wi(cid:266)kszo(cid:286)ć otrzymywanych funduszy pan prze(cid:298)era, dosłownie i w przeno(cid:286)ni. Ma pan kochank(cid:266) i córk(cid:266) z ni(cid:261), na które pan ło(cid:298)y. Poza tym nowy samochód dobrej marki kosztował krocie, a wikaremu nie chce pan dać paru groszy na chor(cid:261) matk(cid:266) i now(cid:261) sutann(cid:266). — Sk(cid:261)d to wszystko wiesz? — Przygotowałem si(cid:266) do rozmowy. Wielebnego zatkało. Jezus za(cid:286) wygl(cid:261)dał na zadowolonego. Proboszcz uwa(cid:298)nie obserwował mojego kumpla, wił si(cid:266) nerwowo na ozdobnym krze(cid:286)le, wreszcie mrugn(cid:261)ł (cid:286)wi(cid:276)skimi oczkami i wypalił: — Jakim prawem mnie oceniasz? Kim ty jeste(cid:286)?! — Człowiekiem, tak jak ksi(cid:261)dz. Oceniam tylko prawem innego człowieka. — Co to znaczy? — Jeste(cid:286)my tylko lud(cid:296)mi, ka(cid:298)dy z nas ma prawo czasami zabł(cid:261)dzić. Uwa(cid:298)am, (cid:298)e ksi(cid:261)dz zupełnie zatracił w sobie dobroć, miło(cid:286)ć i przyzwoito(cid:286)ć. Chyba czas si(cid:266) opami(cid:266)tać. — Obra(cid:298)asz mnie! — Prawda czasem bardzo boli. Przykro mi — Jezus powiedział to spokojnym, prawie smutnym głosem. — Musisz mnie przeprosić, natychmiast! W tej chwili! — Za co? — Czuj(cid:266) si(cid:266) dotkni(cid:266)ty! Zaprosiłem ci(cid:266) grzecznie na rozmow(cid:266), a nie na stek — Porozmawiali(cid:286)my szczerze. Dzi(cid:266)kuj(cid:266) za zaproszenie. W którym miejscu obelg i kłamstw. skłamałem? — (cid:297)e co? — Prosz(cid:266) powiedzieć, co z moich słów jest nieprawd(cid:261)? — Wszystko! — Bzdura. Mam panu udowodnić prawd(cid:266)? — Nie mo(cid:298)esz tego zrobić. — A dlaczego? — Poniewa(cid:298) kłamiesz. Jezus nadal był spokojny, znowu zacz(cid:261)ł do wielebnego mówić per „pan”, ale zdaje si(cid:266), (cid:298)e prałat nie zwracał na to uwagi. Czułem si(cid:266) nieswojo, chciałem ju(cid:298) i(cid:286)ć do domu, gdy tymczasem mój kumpel jakby zgłodniał. Ze spokojem zajadał smakołyki, nie zwracaj(cid:261)c kompletnie uwagi na ksi(cid:266)dza, który cały czerwony ze zło(cid:286)ci piorunował 19 wzrokiem mnie i przyjaciela. Sytuacja stała si(cid:266) dziwna. Jezus przestał je(cid:286)ć, spojrzał uwa(cid:298)nie na proboszcza, po czym stwierdził spokojnym głosem: — Bardzo smaczne jedzenie. — Oczywi(cid:286)cie. — Porozmawiamy jeszcze na jakie(cid:286) ró(cid:298)ne tematy? — Tak, ale tylko pod warunkiem, (cid:298)e mnie przeprosisz? — Niczym pana nie obraziłem, powiedziałem tylko szczer(cid:261) prawd(cid:266). — A masz jakie(cid:286) dowody? — Oczywi(cid:286)cie. — Ciekawe jakie? — Mam mówić? — Prosz(cid:266), ciekaw jestem, co tam znowu nakłamiesz. — Jest pan pewny? — Mów. — Od roku tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset siedemdziesi(cid:261)tego współ(cid:298)yje pan regularnie z pani(cid:261) Adriann(cid:261) Ciołek, która w lecie tysi(cid:261)c dziewi(cid:266)ćset siedemdziesi(cid:261)tym szóstym urodziła panu córk(cid:266) Weronik(cid:266), na któr(cid:261) pan regularnie ło(cid:298)y pieni(cid:261)dze parafian. To bardzo przyzwoite z pana strony, ale dlaczego z pieni(cid:266)dzy parafian? Ma pan te(cid:298) drug(cid:261) kobiet(cid:266), obecn(cid:261) gospodyni(cid:266), z któr(cid:261) pan sypia od trzech lat. Kolejn(cid:261) pana kobiet(cid:261) jest siostra przeło(cid:298)ona miejscowego zgromadzenia sióstr, z któr(cid:261) pan sypia od czterech miesi(cid:266)cy. Czy mam mówić dalej? — Nie, nie! Sk(cid:261)d o tym wiesz? — Niewa(cid:298)ne. Wiem na pewno, (cid:298)e to ,co powiedziałem, jest prawd(cid:261). — Jestem słabym człowiekiem. — Wiem o tym. — Id(cid:296) ju(cid:298). Nie musisz mnie przepraszać. — Grzech to bardzo ludzka rzecz. Wizyta była sko(cid:276)czona. Proboszcz nawet nas nie odprowadził. Siedział ze zwieszon(cid:261) głow(cid:261). Słowa Jezusa znokautowały wielebnego całkowicie. Sam nie czułem si(cid:266) zbyt komfortowo. Idziemy w milczeniu. Mój kumpel ogl(cid:261)da niebo, wreszcie zaczyna mówić: — Jutro b(cid:266)dzie deszcz. — A co s(cid:261)dzisz o naszym proboszczu? — To tylko człowiek, nieco zagubiony człowiek. Nie jest z natury zły, tylko dawno ju(cid:298) przestał kroczyć wła(cid:286)ciw(cid:261) drog(cid:261). Szkoda, (cid:298)e rozstali(cid:286)my si(cid:266) w taki przykrych okoliczno(cid:286)ciach. — To raczej chyba przez nas. — Nie. My(cid:286)lał, (cid:298)e jest bogiem. Taki upadek z piedestału zawsze jest bolesny. — A był bogiem? — Sk(cid:261)d(cid:298)e! Tylko w swojej wyobra(cid:296)ni, ale to te(cid:298) wina wiernych. — Dlaczego? — Wmówili biednemu człowiekowi, (cid:298)e jest kim(cid:286) superwa(cid:298)nym. Byli (cid:286)lepi i posłuszni. Tak rodzi si(cid:266) niesprawiedliwo(cid:286)ć. — Nie rozumiem. — Przyjdzie czas, (cid:298)e nie b(cid:266)dziesz o nic pytał. — Raczej nie. — Uwierz mi, sam poznasz istot(cid:266) bycia człowiekiem. Wtedy zrozumiesz wszystko. — Przeceniasz mnie. — Zobaczymy. A jutro naprawd(cid:266) b(cid:266)dzie padał deszcz. 20 chciwie pije, patrzy na mnie i u(cid:286)miecha si(cid:266): — Duszno tu u was. — Mieszkamy na południu, taki klimat. Czy znalazłe(cid:286) ju(cid:298) swoich krewnych? — Nie, ale ci(cid:261)gle szukam. Jestem cierpliwy. — Olka pytała si(cid:266) o ciebie. — Tak, wieczorem do niej pójd(cid:266). Po(cid:298)yczysz mi telefon komórkowy? — Jasne. Ale wiesz co, powiniene(cid:286) sam zaopatrzyć si(cid:266) w takie urz(cid:261)dzenie. — Wiem. — Na kart(cid:266) nie jest drogie. Ty wiele nie mówisz przez telefon. — To prawda. Jutro pójdziemy i kupimy. — Super. — Doradzisz mi, dobrze? — Nie ma problemu. — Dzi(cid:266)kuj(cid:266) ci. Wrócili(cid:286)my do domu. Rodzina w komplecie. Mój młodszy brat był dzisiaj na basenie, chwali si(cid:266) swoimi osi(cid:261)gni(cid:266)ciami sportowymi. Jest zachwycony swoj(cid:261) sprawno(cid:286)ci(cid:261). Wszyscy si(cid:266) cieszymy, nawet Jezus z nim rozmawia, cz(cid:266)sto si(cid:266) u(cid:286)miechaj(cid:261)c. Mama jest wniebowzi(cid:266)ta Jezusem, patrzy na niego błyszcz(cid:261)cymi oczami. Zaczyna mnie to niepokoić. Ojciec zjada obiad i idzie do fotela na godzinn(cid:261) drzemk(cid:266). Natomiast ja z kumplem zaszywamy si(cid:266) w moim pokoju. Przyjaciel ma zadzwonić do Olki. Chyba jest zestresowany. Kompletnie si(cid:266) nie zna na telefonie komórkowym, ale jest poj(cid:266)tny i po kwadransie ju(cid:298) wszystko wie. Taktownie wychodz(cid:266) z pokoju. Za kilka minut słysz(cid:266) wołanie Jezusa. Oddaje mi telefon. Jest gor(cid:261)cy, ma chyba ze sto stopni. Jezus ma nieco speszon(cid:261) min(cid:266): — Umówiłem si(cid:266). — Fajnie. Na kiedy? — Na dzisiejszy wieczór. Co ja mam robić? — Jak to co? I(cid:286)ć. — To moja pierwsza samodzielna randka w (cid:298)yciu. — (cid:297)artujesz? — Nie. Mówi(cid:266) serio. — Id(cid:296), pogadaj z ni(cid:261), przejd(cid:296) si(cid:266) na spacer do parku, nad jezioro. To wszystko. — O czym mamy rozmawiać? — Nie mam poj(cid:266)cia. Zwykle temat sam si(cid:266) znajduje. Olka sama b(cid:266)dzie mówić, ty umiesz słuchać, wi(cid:266)c o nic si(cid:266) nie martw. Ewentualnie dasz jej buziaka. No... wiesz... przecie(cid:298) jeste(cid:286) ju(cid:298) dorosły. Temat sko(cid:276)czony. Jezus wst(cid:266)puje do sklepu, kupuje butelk(cid:266) wody mineralnej i — Tak, masz racj(cid:266) — westchn(cid:261)ł z rezygnacj(cid:261). Zostawiłem kumpla samego. Wracam do swoich spraw. Nawet jestem zadowolony. Jezus mówi, (cid:298)e jutro b(cid:266)dzie deszcz, a on si(cid:266) nigdy nie myli. Mógłby przewidywać prognoz(cid:266) pogody, byłby milionerem. Dzwoni(cid:266) do kumpla z pracy, niech przeka(cid:298)e szefowi, (cid:298)e jutro plucha, wi(cid:266)c b(cid:266)dziemy musieli zmienić plan pracy. Na co(cid:286) ten nasz domowy Jezus si(cid:266) przydaje. Mam nadziej(cid:266), (cid:298)e wielebny nie na(cid:286)le na niego rady parafialnej. Ale co(cid:286) czuj(cid:266), (cid:298)e za bardzo si(cid:266) boi prawdy o sobie. Jezus wychodzi na randk(cid:266). Oddaje mi komórk(cid:266), po(cid:298)yczam koledze dobr(cid:261) wod(cid:266) toaletow(cid:261) i (cid:298)egnamy si(cid:266). Oddaj(cid:266) te(cid:298) Jezusowi swój zapasowy klucz do mieszkania. W ko(cid:276)cu nie wiadomo, kiedy wróci. 21 Jezus przychodzi punktualnie. Jest zestresowany. Patrzy na mnie oczami bezradnego dziecka, tak naiwnie i nie(cid:292)miało. Troch(cid:269) mnie to bawi, to przecie(cid:304) dorosły m(cid:269)(cid:304)czyzna. Proponuj(cid:269) spacer nad jezioro, zgadza si(cid:269), zaczynam rozmow(cid:269): — Wydarzyło si(cid:266) co(cid:286) ciekawego od naszego ostatniego spotkania? — W zasadzie nic. Poza tym, (cid:298)e byli(cid:286)my z naszym wspólnym znajomym na obiedzie u proboszcza. — Zaprosił was? — Tak. Chciał mnie poznać. — Niesamowite! I co? — Nic. Poznali(cid:286)my si(cid:266), troch(cid:266) rozmawiali(cid:286)my. To wszystko? — I co o nim s(cid:261)dzisz? — Nic, zwykły człowiek. — Lepiej tego nie powtarzaj gło(cid:286)no. Miejscowe dewotki uwa(cid:298)aj(cid:261) naszego ksi(cid:266)dza za (cid:286)wi(cid:266)tego, chodz(cid:261)cy moralny autorytet. — Wiem o tym. To ciekawe, dlaczego ludzie najcz(cid:266)(cid:286)ciej moralny autorytet tworz(cid:261) z osób, które z prawd(cid:261) i sprawiedliwo(cid:286)ci(cid:261) nie maj(cid:261) nic wspólnego. — To prawda. Stwarzamy mity, zamiast opierać si(cid:266) na prawdzie. — No tak, ale zawsze to wygodniej dla nas samych. — Ciekawe. — Jutro b(cid:266)dzie padać. — Dlaczego tak powiedziałe(cid:286)? — Wreszcie si(cid:266) ochłodzi. — Nie bardzo rozumiem. — Jest duszno, a jutro si(cid:266) ochłodzi. — Zale(cid:298)y ci na tym? — Bardzo. — Chciałabym, aby(cid:286) poznał moj(cid:261) mam(cid:266). Mo(cid:298)e j(cid:261) jako(cid:286) uleczysz? — Nie wiem, czy potrafi(cid:266). Jestem tylko człowiekiem. — Prosz(cid:266). — To trudne zadanie, wierz mi. — Jeste(cid:286) moj(cid:261) ostatnia nadziej(cid:261). — Czy twoja mama chodzi do ko(cid:286)cioła? — Nie. Wysyła mnie i ojca. Sama całymi dniami siedzi w mieszkaniu, rzadko opuszcza jego mury. — Rozumiem. Hermetyczny mikro(cid:286)wiat. — Wła(cid:286)nie tak. — No có(cid:298)... mo(cid:298)e uda nam si(cid:266) jej jako(cid:286) pomóc. Dzisiaj szef dał mi woln(cid:261) sobot(cid:266). Jezus wstał rano. Jak zwykle przyszedł do kuchni na (cid:286)niadanie. Był o dziwo bardzo powa(cid:298)ny. Zjadł jak zwykle wszystko, grzecznie podzi(cid:266)kował i poprosił mnie na rozmow(cid:266) do swojego pokoju. Nieco zdziwiony i zaniepokojony udałem si(cid:266) do jego, jak zwykle idealnie wysprz(cid:261)tanego, siedliska: — Dzisiaj mam i(cid:286)ć do mieszkania Oli porozmawiać z jej matk(cid:261). Znasz j(cid:261)? Co mo(cid:298)esz o niej powiedzieć? Co(cid:286) nowego, co(cid:286), co mo(cid:298)e mnie zainteresować? — Czy ja wiem? Normalna nie jest. — Co(cid:286) jeszcze? — Nic mi nie przychodzi do głowy. A ty po co si(cid:266) tam pchasz? — Ola prosiła mnie o pomoc. Obiecałem j(cid:261) jej. — No tak. Jak ty jej nie pomo(cid:298)esz, to nikt teg
Pobierz darmowy fragment (pdf)

Gdzie kupić całą publikację:

Jezus z mojego osiedla
Autor:

Opinie na temat publikacji:


Inne popularne pozycje z tej kategorii:


Czytaj również:


Prowadzisz stronę lub blog? Wstaw link do fragmentu tej książki i współpracuj z Cyfroteką: